wtorek, 16 kwietnia 2019

BLYSKAWICZNA DEKORACJA WIOSENNA...

czyli jak zrobić wiosenną i wielkanocną ozdobę z filcu i „przydasiów”?

Zorientowałam się właśnie, że już za chwileczkę, już za momencik jest Wielkanoc.
Tymczasem ja, dość leniwym tempem dłubię sobie (haft krzyżykowy) ozdoby świąteczne tyle tylko, że ... nie na te święta. To zresztą taka moja tradycja. Prawie zawsze robienie ozdób na Boże Narodzenie „ciut” mi się przeciąga i kończę je grubo po grudniu.

W tym roku akcja ta chyba będzie całoroczna 🙂







Wczoraj rano znalazłam w ogródku urwaną przez Brysia dużą gałąź (nasz Bryś spędza każdą wolną chwilę na płocie, stara się wykarczować krzewy...) i pomyślałam, że Wielkanoc za pasem, przydałoby się zrobić jakąś błyskawiczną dekorację.
























































Czego potrzebujemy?





1. Gałąź/patyk
2. Filc/kawałki tkanin
3. Koraliki, guziki, piórka i inne „przydasie”
4. Igły, nitki, klej etc.
5. Kawałek sznurka lub grubszej włóczki.
6. Coś do wypchania ptaszków (wypełniacz do zabawek, wata, skrawki filcu etc)



Pierwotna wersja zakładała uszycie kurczaków/ptaszków z płótna ale... nie chciało mi się wyciągać maszyny do szycia.

Uznałam, że podłubię sobie ręcznie.

Ja zrobić taką dekorację?

1. wycinamy z filcu serduszka (po dwa na kuraka). Powinny być identycznego kształtu.
2. z kawałeczków czerwonego/pomarańczowego filcu wycinamy grzebyki i dziobki.
3. na serduszka naszywamy koraliki, guziki, ozdabiamy je haftem, uruchamiamy wyobraźnię jednym słowem.
4. przyklejamy (do tylnego serduszka) piórka na ogon oraz grzebyk i dziobek)/ ogon możemy zrobić również z kawałka filcu.
5. zszywamy ze sobą serduszko wierzchnie i tylne, zostawiając kawałek otworu do włożenia wypełniacza.
6. wkładamy przez pozostawiony otwór wypełniacz i zaszywamy otwór.
7. przewlekamy nitkę przez górną część kuraka i mocujemy go przy jej pomocy do gałązki.
8. do gałązki przywiązujemy kawałek wstążki czy sznurka, możemy już zawiesić naszą dekorację w dowolnym miejscu.
Moja dekoracja potrzebuje jeszcze dopracowania i muszę dla niej znaleźć jakieś miejsce. Na razie...Brysie na nią polują :)

Jest to praca na tyle prosta, że można zrobić ją z dziećmi, które przecież mają na razie wolne bo nauczyciele strajkują.
Zazwyczaj nie wypowiadam się na tematy ogólnie uznawane za drażliwe bo niekoniecznie kocham wbijanie kija w mrowisko. Jeżeli chodzi o strajk nauczycieli to mam jednak bardzo mieszane uczucia.
Uważam, że nauczyciele powinni być dobrze wynagradzani bo to bardzo ciężka praca.
Szkoła i nauczyciele w ogóle powinni mieć więcej uprawnień i narzędzi aby móc okiełznać niektóre szczególnie trudne przypadki dzieci i ...rodziców.
Nie podoba mi się jednak kilka kwestii.
Na pewno nie podoba mi się termin strajku.
Nie wyobrażam sobie stresu dzieciaków, które teraz podchodzą do ważnych egzaminów, za moment przecież matury! Nie chciałabym aby moje dziecko miało dodatkowy, taki ogromny stres związany z egzaminem maturalnym!
Kwestia druga. Nie lubię kiedy opowiada się bajki.
Pierwsza bajka to ta dotycząca godzin pracy.
Słyszę w tv panią, która mówi, że z badań wynika iż statystycznie nauczyciel pracuje...47 godzin tygodniowo! Za moment jest wypowiedź pana, który twierdzi, że za 2400,00 nie wyżywi rodziny i musi pracować jeszcze w dwóch firmach. Zupełnie nie wiem kiedy on te trzy etaty godzi kiedy już jeden jest tak wymagający i czasochłonny? Wiem natomiast, że mam nauczycieli z dużym stażem wśród znajomych oraz w rodzinie i niekoniecznie będę się upierała nad tymi dziesiątkami godzin spędzanymi w pracy. Mam też dziecko, które chodziło do szkoły w Polsce i jakoś tak uważam, ze większość ocen pojawiała się w dzienniku tuż przed półroczem. Niestety, nie mogę się zgodzić, że przeciętny nauczyciel robi często prace klasowe, kartkówki itp. Siłą rzeczy nie pracuje po 8 godzin dziennie.
Kwestia ostatnia, kluczowa czyli pieniądze.
Ja wiem, nauczyciele pokazują w tv swoje odcinki  z wynagrodzeniami.
Problem w tym, że nie widziałam do tej pory żadnego zeznania PIT.
W telewizji nie widziałam bo na oczy to i owszem.
Tak się bowiem składa, że zdarzało mi się pomagać w rozliczeniu z fiskusem i to kilku zaprzyjaźnionym nauczycielkom. Jedna z nich systematycznie opowiadała mi, że na rękę otrzymuje 1700,00 pln. Cóż, moja troska o to, jak sobie radzi wyparowała kiedy zobaczyłam jej dochody. Powtórzę, uważam, że nauczyciele powinni być godziwie wynagradzani. Nie lubię jednak kiedy opowiada mi się bajki. Moim ulubionym nauczycielskim argumentem, w rozmowie na temat zarobków było: "W życiu! Jakie 3500 na rękę? Zarabiamy grosze, grosze!" Po moim "Hmmm, ja przecież widziałam Twojego PIT?" usłyszałam: no tak, jak się doda wszystkie dodatki, nagrody, trzynastkę, parę groszy za nadgodziny i odejmie pożyczki w PKZP to może i wyjdzie troszkę więcej...".
Mój "rekordowy PIT" to nauczycielka w liceum, która pracuje w nim na cały etat i dorabia sobie w drugiej szkole. Dochody? Nie pamiętam końcówek ale około 96 000,00. Roczne dochody brutto oczywiście. Zresztą, jeżeli ktoś nie wierzy może sobie poszperać w wujku google. Zapewne dość szybko namierzy nauczycieli, którzy składają oświadczenia majątkowe.
Nie wiem czy to są "żebrackie pieniądze". Mówię tu oczywiście o nauczycielach ze stażem, mianowanych etc. Takich, którzy chyba są obecnie w większości kadrą w polskich szkołach.
Kończę. Pożyjemy i zobaczymy jakie będą efekty tego strajku.

Wracając do moich filcowych kurczaków.
Tradycyjnie przepraszam za jakość zdjęć. Po prostu... od soboty bez przerwy lało.
Przed chwilą się przejaśniło. Idę sprawdzić wielkość zniszczeń w ogródku i biegnę na miasto. W końcu to Irlandia, za moment może zacząć lać na nowo...


środa, 20 marca 2019

Dzień Św. Patryka

Dzień dobry,

dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. Dla bardzo cierpliwych czytelników.

Nowy OWIJACZ czeka na wykonanie dwóch chwostów i sesję zdjęciową.
Coś tam oczywiście dłubię robótkowo ale bez większego przekonania ponieważ moją uwagę od końca ubiegłego roku zajmuje zupełnie inny, bardzo skomplikowany projekt. 

Tymczasem od Tłustego Czwartku minęło już sporo czasu i pora na nowy wpis.
Minął miesiąc, po raz kolejny zawitałam do Gdańska i czasu na wszystko jakoś zrobiło się mało.

Pomyślałam sobie, że pora na post o Irlandii.
Czy jest lepszy czas na opublikowanie go niż marzec i Dzień Św. Patryka?

Pomieszkuję w tym kraju już cztery lata i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że za Irlandią nie
przepadam...
Nie jest to prawda. To po prostu nie jest moje miejsce na ziemi ale absolutnie nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej Szmaragdowej Wyspy.
Irlandia jest zielona, piękna, mglista, deszczowa i magiczna :)
Ma bardzo dużo dobrych stron i ...równie wiele mniej dobrych.
Jak każde inne miejsce na ziemi.
Nie ma miejsc idealnych.
Ba, wiem, że będę za nią, za jej dobrymi stronami, tęsknić po powrocie do Polski.
Chyba dla większości emigrantów (tych z pierwszego pokolenia) życie „w rozkroku”, pomiędzy światami, już zawsze wiąże się z tęsknotą za stworzeniem miejsca „pomiędzy”.

Co więc uważam za plusy tego miejsca? Cóż, największa zaleta tego kraju jest związana z wielką wadą naszego. Są to niestety ludzie :(
Gdybyśmy my, Polacy, nie byli tak agresywnym narodem, ten irlandzki luz i uprzejmość nie rzucałaby się aż tak bardzo w oczy... o ileż przyjemniej żyje się w miejscu, w którym większość jest wyluzowana i uśmiechnięta. W sklepach nikt nie warczy. Ludzie (obcy) uśmiechają się do Ciebie na ulicy i mówią "cześć". Normalną reakcją na spacerze jest co drugi człowiek podchodzący do naszych psów żeby sobie porozmawiać i pozachwycać się sierściuchami... W Polsce kiedy zaczepiam kogoś z psem na ulicy, mówiąc "dzień dobry, jaki super psiak" czuję się jak potencjalna złodziejka. Jakbym podchodziła aby wyrwać komuś torebkę. Wrogie łypnięcie i milczenie jest najczęstszą reakcją.
Nikt nie tłucze jak opętany w klakson kiedy na drodze zdarza się ciamajdowaty kierowca. Sporo tego.

Druga kwestia. Jeszcze gorzej świadcząca o nas.
Uczciwość.
Moje ostatnie loty wiążą się z przebojami po drodze.
Wracając w lutym do Irlandii zaliczyłam "podróżny tor przeszkód".
Zaczęło się na lotnisku w Gdańsku.
Nie byłam w stanie zalogować się do aplikacji i pokazać karty pokładowej bo... padł mi polski telefon. Irlandzki nie działał bo nie miałam doładowanej karty. Wylogowało mnie z aplikacji i na tablecie, po połączeniu z siecią na lotnisku ujrzałam komunikat "musisz się zalogować". Oczywiście nie pamiętałam hasła do konta Google a żeby je odzyskać...potrzebowałam sprawnego telefonu.
Policzyłam do dziesięciu.
Potem drugi raz.
Pomyślałam sobie, że po odprawieniu się ujrzałam na karcie pokładowej informację, że miejsce zostanie mi przydzielone na lotnisku...
Przez myśl przemknęło mi również, że może nie powinnam wsiadać na pokład samolotu? Nie lubię kiedy wszystko idzie tak pod górkę.
Przypomniałam sobie też w porę, że pokazywałam mojej Marci tę dziwaczną kartę pokładową bez przydzielonego miejsca i mam ją zapisaną w zdjęciach.
Uff, dzięki zdjęciu udało mi się przebrnąć przez kontrolę bezpieczeństwa (trzy pary drewnianych Knit Pro w portfelu oraz długa żyłka przeszły gładko). 
Usłyszałam, że wywołują moje imię i nazwisko. No! Przydzielą mi miejsce. Okazało się, że siedzę z samego przodu. Rząd drugi. Nareszcie coś miłego :) Leciałam tylko z bagażem podręcznym. Odebrać miał mnie Małżon, który miał tylko 40 minut na odstawienie mnie z lotniska do domu i spotkanie z ważnym Klientem.
Rozsiadłam się zadowolona, wyciągnęłam telefon, wodę, włączyłam odcinek serialu ściągnięty z Netflixa i wyluzowałam się.
Niepotrzebnie.
Okazało się, że moja walizka (standardowy mały bagaż) uniemożliwia zamknięcie schowka. Te w pierwszym i drugim rzędzie są płytsze.
Zabrano mi więc bagaż i wrzucono do schowka w rzędzie...30.
Żegnajcie marzenia o szybkim opuszczeniu samolotu. Trzeba będzie zaczekać aż wszyscy wysiądą.
Bagaż zniknął, ja zrezygnowana postanowiłam się zdrzemnąć.
Lot przebiegał w miarę. Turbulencje sporadycznie i bez większych emocji. Wszystko przebiegało szablonowo aż do czasu komunikatu z kabiny pilotów.
Na dole wieje. Bardzo. Na razie lecimy do Cork ale nie ma większych szans na lądowanie. Lotnisko jest tak usytuowane, że wieje z boku i jest to niebezpieczne. Nie ma co marudzić. Nie chcemy skończyć jako bohaterowie wiadomości :(
Zrobiliśmy sześć kółek. Pogoda się nie poprawiła. Polecieliśmy do Shannon.
Kapitan uprzedził, że mamy jedno, maksymalnie dwa podejścia (o ile dostaniemy pozwolenie bo też wieje, tyle dobrego, że nie z boku) do lądowania. Dublin zamknięty. Jeżeli nie wylądujemy, lecimy na kolejne najbliżej położone lotnisko, czyli...Londyn.

Na szczęście udało się wylądować w Shannon. Wprawiło mnie to w znakomity nastrój, który nie opuszczał mnie pomimo kilkunastominutowego czekania aż uda mi się odzyskać bagaż.
Czekać musiałam aż wszyscy wysiądą. Z całego samolotu, ze względów bezpieczeństwa wypuszczano tylko przednimi drzwiami. Minęło naprawdę sporo czasu a jeszcze na pokładzie samolotu poinformowano nas, że podstawią autobusy aby dostarczyć nas na lotnisko w Cork.
W końcu udało mi się wytaszczyć z bagażem i zejść na płytę lotniska...
UFF. Koniec kłopotów.
Teraz tylko skontaktuję się z Małżonem, wsiadam do autobusu i jadę do domu.

Skontaktowanie się nie było takie proste (patrz problem z komunikacją na lotnisku w Gdańsku).
Nie mogę się też połączyć z siecią na lotnisku w Shannon. Trzeba się zalogować (a wylogowało mnie w Gdańsku). Trochę czasu mija na rozpaczliwych próbach przypomnienia sobie hasła. Muszę poinformować Małżona bo jak go znam, siedzi w samochodzie i jedzie po mnie.
Chwilowo zapominam, że o 11 miał być podstawiony autobus. Mam jeszcze trochę czasu.
Po paru minutach słyszę, że wzywają mnie do punktu obsługi na lotnisku. Wkurzona myślę, że to akcja mojego Małżona, który nie może się skontaktować, postanowił wyciągnąć ciężką arterię i szuka mnie wszędzie.
Tymczasem dzwoni irlandzka komórka. Uff. To moje bystre Dziecko uznało, że byłam w Polsce przez miesiąc i pewnie przydałoby się doładować mi kartę. Dzięki temu ustalam z nią, że jadę zaraz  autobusem. Ojca ma odwołać z trasy bo jest już 30km za Cork. Ustalam też, że to nie oni poszukują mnie poprzez informację lotniskową. Rzucam szybko okiem na bagaż. Taaaak. Mam walizkę, torebkę, tablet i telefon(y). Portfela ani śladu.

Dopiero tu (o ile ktoś dotrwał do tej części historii) docieramy do sedna sprawy, czyli uczciwości.
W punkcie informacyjnym czeka na mnie mój portfel. Musiał mi wypaść kiedy gorączkowo próbowałam się zalogować. Ktoś go znalazł.
Odnajduję informację. Pani zerka na mnie a ja pokazuję mój leżący na jej biurku portfel, mówiąc, że należy do mnie. Odbieram go i otwieram.
W środku jest komplet dokumentów, karty płatnicze i pieniądze.
Nie jestem zdziwiona. Jestem osobą nad wyraz roztargnioną i nie pierwszy raz zgubiłam portfel. Zawsze odnajdywałam go szybko i z zawartością.
Oczywiście nie jest to reguła. W Polsce też zdarza się odzyskać zgubę.
Różnica polega na tym, że w Polsce się zdarza odzyskać, tutaj zdarza się, nie odzyskać.

Moja podróż zakończyła się tego dnia dobrze. Był jeszcze jeden "drobny" problem ponieważ w czasie poszukiwania informacji i odzyskiwania portfela...odjechał mój autobus.
Pomimo tego wróciłam sprawnie. Po prostu podstawiono dla mnie taksówkę, którą pokonałam 120 km do domu. Co ciekawe, leciałam jedynymi liniami oferującymi bezpośrednie połączenie Gdańsk-Cork. Ryanairem...

O pozostałych pozytywach i mankamentach irlandzkiego życia, innym razem.

Teraz na okrasę tej zdecydowanie przydługiej części pisemnej, kilka zdjęć z tegorocznej Parady Św. Patryka.




















czwartek, 28 lutego 2019

TŁUSTY PĄCZEK

Dzień dobry w ten Dzień Łasucha...


Macie już na koncie zjedzonego pączka?
Ja tak. Niestety...
A to dopiero początek bo popoludniowe czwartki spędzamy  zazwyczaj u przyjaciółki.
Nasza Marcia uczy tam hiszpańskiego i w każdy czwartek wpadamy ją odebrać (co kończy się pogaduchami przy herbatce). Dzisiaj umówiliśmy się, że oprócz herbaty zajmiemy się produkcją oraz spożyciem faworków.
Tak więc ten tego...
Post za pasem, poodchudzam się za parę dni...

Póki co zabawiamy się rodzinnie w tłustoczwartkową grę.
Zamieniamy jeden wyraz tytułu książki/filmu na „pączek”.

Moje ulubione zamienniki to:
Pączek chrzestny,
Milczenie pączków,
To nie jest kraj dla starych pączków,
Ostatni pączek w Paryżu,
Stowarzyszenie umarłych pączków,
Pączek na gorącym blaszanym dachu,
Pączek i Małgorzata,
Czyż nie dobija się pączków?

Tymczasem szal ma już swój ostateczny kształt.

Etap I
Brzeg został wykończony dwoma rzędami półsłupków.
Rząd pierwszy - wbijałam szydełko w każde oczko brzegowego łańcuszka (robię brzegi nie przerabiając pierwszego oczka, dzięki czemu tworzy się ładny łańcuszek) i przerabiałam po dwa półsłupki w każdym.
W kolejnym rzędzie zrobiłam półsłupek w każdym półsłupku rzędu poprzedniego. Wyjątek stanowiły narożniki. Tam w półsłupku na środku narożnika, wykonywałam trzy nowe półsłupki.

Wygląda to tak:



Ta część poszła błyskawicznie. Potem zrobiło się trudniej.

Najpierw powstała taka pikotkowa wersja:



Jak to zrobić? Przerabiamy kolejny rząd (licząc dwa rzędy półsłupków, które posiadamy) w następujący sposób:
Trzy półsłupki, po zrobieniu tego trzeciego, robimy 3 oczka łańcuszka.
Teraz robimy oczko ścisłe w ten ostatni, trzeci półsłupek. Dzięki temu z tych trzech oczek łańcuszka powstaje pętelka (pikotek lub jak kto woli- pikotka).
Znowu robimy trzy półsłupki, 3 oczka łańcuszka, oczko ścisłe w trzeci półsłupek itd.
Idealne rozwiązanie to pikotki w narożnikach (aby wyszły w tym miejscu, kiedy zbliżamy się do narożnika, liczymy oczka i dopasowujemy liczbę półsłupków (np. robimy 4 półsłupki zamiast 3).

Często korzystam z tej metody. W ten sposób zrobiłam brzeg do mojej CHUSTY KOMPROMIS czy KAMELEON

Wersja kolejna, muszelkowa.
Tym razem zrobiłam brzeg korzystając z mojego ulubionego sposobu muszelkowego.
zaczynamy od oczka ścisłego, potem omijamy dwa kolejne oczka na brzegu i w trzecim robimy pięć słupków. Znowu omijamy dwa oczka i w trzecim robimy oczko ścisłe. Powtarzamy fragment: omijamy dwa oczka , robimy w trzecim pięć słupków, omijamy dwa oczka, w trzecim robimy oczko ścisłe. W taki sposób wykończyłam brzeg mojego URODZIWEGO PASIASTEGO



Wersja trzecia, oczka rakowe...
Po dwóch próbach uznałam, że w przypadku tego szala, nie chcę żadnych ozdobnych brzegów. Pominęłam więc próbkę z różnokolorowymi muszelkami...
Ostatecznie stanęło na lubianych przeze mnie oczkach rakowych.
Zakryją pewne niedoskonałości brzegu i takie wykończenie chyba w tym przypadku będzie najlepsze. No, może jeszcze pomyślę nad jakimś chwostem. Jednym lub dwoma.
Jak robimy oczka rakowe?
Na wspak. Oczka rakowe to nic innego jak półsłupki. Tyle tylko, że robimy je od strony lewej do prawej. Wyglądają jak małe, ładne supełki. Dosyć często z nich korzystam. Na przykład w jednej z moich starszych chust COLOR AFFECTION




Pozdrawiam


wtorek, 26 lutego 2019

PASIASTY FINISZ

PASIASTY FINISZ, czyli jak wykończyć brzegi szala...

Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską...
Wieczorem temperatura zjechała mi do bardzo akceptowalnej (36,9) i zasiadłam do szacowania strat w szalu...
Sprułam kawał i zabralam się do pracy na tyle energicznie, że po 22 udało mi się zamknąć końcowe oczka.
Rano z mojego triumfalnego TADAM! zrobiło się HMMM...
Pewnie też tak macie, że nowy pomysł to ciekawość przeradzająca się w trakcie pracy w pewność „Tak, podoba mi się. Coraz bardziej mi się podoba” lub...niepewność.
Niby wszystko dobrze, niby koniec pracy a jednak czegoś brakuje.
Tak jest z tym szalem.
Jest HMMM...
Po pierwsze jestem nie do końca przekonana, że to wersja ostateczna. Dzisiaj jeszcze nad tym pomyślę.
Po drugie jest kwestia brzegów.
Trudno wykonać je fantastycznie kiedy co chwilę zmieniamy nitkę. Szczególnie gdy robimy to co cztery, trzy, dwa i jeden rząd. Z brzegu robi się wtedy bałagan i nie wygląda to nienagannie.
Poza tym kolory tej włóczki przechodzą dzięki zmianie nitek płynnie ale one jednak nie tak do końca ze sobą współgrają. Tragedii nie ma ale szału też nie.
Usiadłam więc wygodnie w fotelu, zabrałam się za pisanie na blogu, zaraz wrzucam odcinek „Przystanku Alaska” na tv i biorę się za szydełko.
Pomysł pierwszy - brzegi zostaną obrobione półsłupkami (chyba dwa rzędy) a potem oczkami rakowymi. Jednym kolorem, który przy okazji zbierze to całość (taki jest przynajmniej zamysł, zobaczymy co szal na to powie).

Szal przed blokowaniem i wykończeniem prezentuje się tak:

Tutaj ten zabałaganiony brzeg.






poniedziałek, 25 lutego 2019

POST O MARZENIACH (NIESPEŁNIONYCH)

Dzień dobry,

myślałam, że w poniedziałek uda mi się pokazać zakończony szal ale póki co choruję.
Kaszel, katar, zapalenie zatok i kwadratowa od bólu głowa oraz 38 stopni gorączki. Warunki nie sprzyjają dzierganiu.
Upierałam się, że dam radę ale efekt jest taki, że muszę spruć około 15 cm szala :(
Po prostu nie udało mi się porządnie przerobić trzech oczek razem, nie zauważyłam tego od razu i po przerobieniu sporego kawałka zauważyłam...dziurę.
Jeszcze się temu przyjrzę na spokojnie ale raczej czeka mnie prucie.

Teraz z innej beczki.
Nie będzie dziewiarsko.

Czy wiecie co jest Waszym głównym talentem?
Albo dowiedziały ście się o tym po latach?
Wydaje mi się, że niestety, zasadnicza większość ludzi dowiaduje się tego bardzo późno (albo i wcale).
Ja na przykład zorientowałam się około czterdziestego roku życia, że powinnam była wybrać zupełnie inny kierunek studiów i robić kompletnie inne rzeczy w życiu. Ciut późno na radykalne zmiany.
Jeszcze większy problem mam z moim Dzieckiem
Tu sprawa była jasna. Mam otóż Dziecko, teraz już kompletnie dorosłe, które zostało obdarzone talentem muzycznym. Dużym talentem. Jej talent był tej samej wielkości co...niechęć do regularnych ćwiczeń. Pomimo tego ukończyła szkołę muzyczną w trybie - dwie godziny grania tygodniowo. Zero samodzielnych ćwiczeń w ciągu roku plus dwa tygodnie nadrabiania zaległości przed egzaminem.
W szkole wystarczał o to do zdawania egzaminów końcowych na 5.
Do czasu.
Zmiany szkoły oraz, co gorsza...zmiany nauczyciela.
Nowa nauczycielka postanowiła ukrócić tę samowolkę i nakłonić Martę do intensywnej pracy.
Efekt był taki, że moje Dziecko oświadczyło kategorycznie: "nie zamierzam być muzykiem. Koniec i kropka".
Tu dodam jeszcze jedną informację.
Nigdy nie byłam zwolenniczką szkół sportowych, artystycznych etc.
Jakoś tak wydawało mi się, że zdecydowanie przydaje się człowiekowi wykształcenie ogólne poza umiejętnością tańca, jazdy na łyżwach i gry na pianinie. W końcu kontuzje chodzą po ludziach i co wtedy? Tak więc Dziecko chodziło do "normalnego" liceum a szkoła muzyczna dochodziła popołudniami. W efekcie wyglądało to tak, że dwa razy w tygodniu wychodziła z domu rano a wracała o...21.
Trochę przesada :(
Daliśmy więc spokój tej edukacji muzycznej ale powiem prawdę. Czułam wyrzuty sumienia, że zakończyło się to w taki sposób
W dodatku nie mam prawie pamiątek z tego okresu (poza zdjęciami).

Moim niespełnionym marzeniem było usłyszeć jeszcze kiedyś jak gra.

Czasami te niespełnione marzenia udaje się jednak "odhaczyć na liście".
W sobotę byłam bowiem na koncercie w naszym City Hall.
Grała Cork Concert Orchestra.
To taka super orkiestra składająca się z lokalnych muzyków. Zbiera się raz na jakiś czas, ćwiczą intensywnie przez parę tygodni i dają koncert. Fantastyczna inicjatywa.
Repertuar ambitny bo Rachmaninow, Mendelssohn i V Symfonia Mahlera.
W sekcji skrzypiec zagrało moje Dziecko :)
Poszła na przesłuchanie i po paru tygodniach prób wzięła udział w koncercie.

Warto wierzyć, że niespełnione marzenia są po prostu odłożone w czasie.
Teraz postanowiłam zabrać się za kolejne na liście. Tym razem wymagać będzie intensywnej pracy ode mnie i wsparcia od reszty rodziny ale kto wie? Może się uda? Jeżeli nie spróbujemy, nie uda się na pewno :)

A Wy macie jakieś niezrealizowane marzenia?
Na pewno są nierealne?

Wrzucam króciutki fragment. Za jakość przepraszam ale z emocji chyba za mocno "skakały" mi ręce :)
CORK CONCERT ORCHESTRA

Do zilustrowania wpisu posłuży mi zdjęcie kurtyny.
Zobaczcie jaka urocza aplikacja !


czwartek, 21 lutego 2019

HAFCIARSKI PRZERYWNIK

Dopadło mnie przeziębienie.
Jak zwykle zresztą po locie samolotem i zmianie klimatu na tę "dżdżystość permanentną".
Tak się jakoś dzieje, że każdy lot samolotem i powrót do Irlandii, odchorowuję.
A niestety (albo i nie) latam na trasie Polska-Irlandia dość często.

W każdym razie zaopatrzona w dużą ilość witaminy C, miód i sok z malin dostarczony mi rano przez Dziecko, postanowiłam dokończyć Malabrigowy szal. Dzisiaj.

Zabrałam się do tego metodycznie.
Zrobiłam termos herbaty z sokiem malinowym.
Wyciągnęłam robótkę.
Przez dwie godziny przeszukiwałam bazę Legimi aby znaleźć coś interesującego do czytania.
Po trzecim „bestsellerze”, który został chyba przetłumaczony przez translator, zrezygnowalam.
Wrzuciłam coś do grania.
Wyciągnęłam robótkę...
Odłożyłam ją na moment.
Znudzony Brysiek wskoczył na fotel, na który odłożylam dziergadło...
Ułamał drut. Moje ulubione, drewniane Knit Pro nie grzeszą trwałością, szczególnie w zetknięciu z cielskiem Bryśka. Pomyślałam, że jest dobrze. W końcu mógł sobie coś zrobić.
Drutowego zamiennika nie udalo mi się zlokalizować...wyciągnęłam więc niedokończone dzielo krzyżykowe.
Patrzę teraz na nie. Psy łypią zza stolika.
A mnie się chyba nic nie chce.
Leń do sześcianu mnie ogarnął.
Też tak czasami macie?
Taki leń, że nawet gmeranie w internecie jakoś nie idzie? :)
Instagram, Pinterest, Fb, Ravelry...
Swoją drogą nie za dużo tych miejsc do przeglądania?
Chyba wrócę dzisiaj do źródeł.
Wrzucę płytę, zaparzę kolejny dzbanek herbaty i poszukam książki do czytania.
W końcu ściana, na której ma zawisnąć mój haftowany, celtycki krzyż, na razie sobie odpłynęła w siną dal...
Nie muszę sie spieszyć.

Czytacie teraz coś interesującego?
Jeżeli tak, poproszę o inspiracje...

Na zdjęciu dowód na to, że mam już ponad połowę tych mikroskopijnych krzyżyków...




piątek, 15 lutego 2019

MÓJ PASIAK

Dobry wieczór,
tak się jakoś składa, że niezależnie od tego gdzie zajrzę, widzę piękne, pasiaste szale...:)
Postanowiłam więc pochwalić się po raz kolejny moim URODZIWYM PASIASTYM.
Po pierwsze dlatego, że to jeden z pierwszych udziergów wykonanych przeze mnie po założeniu bloga.
Po drugie, szal ten należy do moich ulubionych.
Po trzecie, powstał z dwóch włóczek ze „stajni” Dropsa.
Jedna z nich to moje ulubione Drops Delight, druga to Fabel.
Włóczki te nie ruinują aż tak bardzo kieszeni a są naprawdę dobrą opcją dla osób, które lubią kolorowe, cieniowane wyroby. Szal jest dzianiną sporą, użytkowaną intensywnie od 2014 roku i włóczka spisuje się na medal!!!
Zdjęcia pochodzą ze starego wpisu ale uwierzcie, szal nie zmienił się zbytnio pomimo upływu lat.
Jest duży, można się nim opatulić. Praktyczne szaliszcze. Doczekało się również "MŁODSZEGO BRATA" (tu można też zobaczy Pasiaka w całej rozciągłości...). Szala podobnego ale z fragmentami robionymi ażurem.
Teraz zbliżam się do finiszu mojego szal z Malabnrigo i już mi się podoba :)
Wracam więc do drutów.
Miłego weekendu ❤️






wtorek, 12 lutego 2019

MALABRIGOMANIA...

Dzień dobry,
znowu mnie nie było dwa miesiące.
Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że działo się (niekoniecznie rękodzielniczo) zbyt wiele,niekoniecznie dobrze i zwyczajnie nie czułam się na siłach aby zajrzeć do bloga. Znowu było zdrowotnie i szpitalnie a to wbrew pozorom wcale mi nie pomaga w dzierganiu.
Zajmuje mnie ostatnio i to bardzo intensywnie projekt, który roboczo moźna nazwać „co zrobić aby wrócić do domu w miarę szybko” :) Projekt niezwykle skomplikowany ale nie nierealny. Trochę tylko pracochłonny (o czasochłonności nie wspomnę).

Coś tam jednak w tak zwanym międzyczasie robię.
Przed Bożym Narodzeniem powstała ciepła chusta dla Eamona. Na zdjęcia czekam bo moje Dziecko zaganiane jest ostatnio niebywale i jakoś nie po drodze jej z aparatem fotograficznym.

Co teraz dzieje się na drutach?
Boskie Malabrigo (sock) z moich bogatych zapasów...
Odczułam potrzebę posiadania ogromnego szaliszcza w kolorach odpowiednich do płaszcza bordowo-śliwkowego.
Wyciągnęłam więc włóczkę w nietypowym kolorze Indonesia i powolutku, na drutach 3,25 rośnie szal. Do niego zrobiłam ekspresowe mitenki (jeszcze bez kciuków). Błyskawiczny udzierg bo wykonany podwójną nitką.
Kolor Indonesia oczywiście nie wystarczy na całość (miałam jeden motek), dorzuciłam więc nitkę w kolorach Eggplant, Rayon Vert oraz Arco Iris. Pozytywnie i kolorowo się zrobiło.

Myślę, że cienizna ta zniknie z drutów za jakiś tydzień i pochwalę się wtedy całością.
Póki co zdjęcia „półproduktów” oraz dla tych, którzy za oknami mają bury i zimowy polski krajobraz, parę zdjęć irlandzkiego lutego... :)







sobota, 8 grudnia 2018

W BIEGU

Dzień dobry,

końcówka roku przypomina mi troszkę pobyt w parku rozrywki.
W biegu i jak na kolejce górskiej.
Zero czasu. Zaczynam obawiać się czy zdążę wydziergać chustę „prezentową”.
Na razie wykonczyłam kilka maleństw na tegoroczną choinkę.
Kilka jest jeszcze na różnych etapach zszywania.
Póki co wrzucę jedno zdjęcie.
Będzie mi przypominało, że ten najpiękniejszy czas w roku tuż, tuż...


piątek, 9 listopada 2018

STADKO KONIKÓW

UFOk to UFOk, musi swoje odleżeć.
Tak więc mój piękny sweterek z Malabrigo wrócił na swoje miejsce (Szuflandia domowa) a ja przypomniałam sobie o sporym pudełku, które zostawiłam w ubiegłym roku na przyszły sezon świąteczny.
Otworzyłam je i ujrzałam stadko koników morskich w stadium bardzo początkowym (kontury na filcu).
Koniki te były przebojem poprzednich świąt i mają trafić do krewnych i znajomych a zajmują ciut czasu, pora więc najwyższa. Pogoda mi sprzyja (klasyka irlandzka, wieje i leje). Poza tym Dziecko poinformowało mnie, że ma tak zadziwiającą ciszę w pracy, że spokojnie może zabierać coś tak poręcznego i szyć. Jest nadzieja, że stadko się w tym sezonie rozrośnie.
Gotowe koniki wyglądają mniej więcej tak jak na tym zdjęciu oraz na tym :)

Półprodukty prezentują się mniej imponująco...
Na zdjęcie zaplątał się też lisek, to ulubiony zwierzak mojej Marci i w tym roku powinno ich powstać kilka...

Robicie jakieś cuda świąteczne?


Koniki morskie w fazie półproduktu


Koniki morskie w fazie półproduktu

Lisek"w trakcie"




wtorek, 6 listopada 2018

WYZWANIE EKSTREMALNE

...czyli co zrobić aby maksymalnie utrudnić sobie dokończenie UFOka?

Po pierwsze wybierz jakąś dość cienką włóczkę (u mnie to Malabrigo Sock, 100g to 400 metrów).
Po drugie (co oczywiste) odpowiednio cienkie druty (2,75-3?)
Po trzecie dobrze by było użyć włóczki ręcznie farbowanej co jak wiadomo wymusza zmianę nitki co drugi rząd z nierównomiernie ufarbowanych motków.
Po czwarte rób bez konkretnego wzoru. Zapewne dwa albo trzy razy uda Ci się popełnić jakiś błąd, który wymusi prucie.
Zacznij takiego UFOka odpowiednio wcześniej. Nie rób notatek! Jeżeli je zrobiłaś- zgub koniecznie!
Rób odpowiednio długie przerwy i rzucaj robótkę w jakieś niewidoczne, trudno osiągalne miejsce.
W międzyczasie zacznij kilka kolejnych prac. Im więcej, im bardziej różnorodnych 
i skomplikowanych tym lepiej.
Będzie super jeżeli druty, na których robisz UFOka będą Ci potrzebne do innej dzianiny.
Odkręć je. Kiedy po kilku tygodniach/miesiącach wrócisz do UFOka być może uda Ci się pomylić 
i dokręcić do żyłki druty o rozmiar większe/mniejsze.
Przerobisz sporo rzędów zanim zorientujesz się, że coś nie gra i trzeba to spruć.
Jeżeli masz kota, psa, królika, żółwia to zostaw kilka razy robótkę w miejscu, którego nie zamykasz na kłódkę. Twój pupil na pewno zainteresuje się kłębkiem, którego cena zaczyna się od sześćdziesięciu złotych polskich wzwyż i pobawi się nim ochoczo. Akryl zostawi nietknięty ale czy Ty lubisz ten pisk akrylu? Nie miej pretensji do zwierzaka, durny przecież nie jest.
Aaa, jeszcze jedno. Rób na cienkich drutach, które można zniszczyć (najlepsze jest drewno). Złamany drut i oczekiwanie na dostawę nowego kompletu również nie pomaga.
Jeżeli zaczniesz robótkę latem, jest nadzieja, że po zimie zacznie Cię atakować natarczywa myśl, że coś się stało z rozmiarem. Twoim rozmiarem. Efekt jest taki, że ta zmiana nie spowoduje, iż sweterek zrobi się oversize... wręcz przeciwnie. Cóż, najbliższe skojarzenie to ludzik z reklamy opon Michelin...
Jeżeli to Cię nie zdemotywuje (przecież schudnę, to żadna sztuka), rób dalej.

Po wielu tygodniach trudów będziesz już w trakcie robienia tak nielubianych rękawów, kończąc sweter, połóż obok UFOka swoje nowe, ulubione, bursztynowe korale i pomyśl: „Dlaczego nie zrobiłam dekoltu w serek...?”
Odłóż UFOka i to przemyśl...








sobota, 3 listopada 2018

SZKIEŁKA/WIDOCZKI/SEKRETY/PAMIĘTNIKI...

Patrzę na efekty swojej pracy z ostatniego tygodnia i ogarnia mnie nostalgia.
Przypomina mi się dzieciństwo spędzone na podwórku w Gdańsku.
Nowe osiedle. Gigantyczne blokowisko tuż obok najdłuższego budynku w Polsce.
Szare. Bure. Radosne do granic możliwości.
Nie było zbyt wielu zabawek ale to co wtedy mieliśmy, pamiętamy do dziś.
Pluszowa małpka nazywana Pan Nilsson. Duża, sztywna, rosyjska (radziecka chyba powinnam napisac) odświętnie wystrojona lalka chodząca. Tak naprawdę zbyt wielka, sztywna i niewygodna aby była dobrą zabawką. Pełniła dumnie funkcję reprezentacyjną siedząc na kanapie z precyzyjnie ulożonymi falbanami sukienki.
Trzepak, centrum dziecięcego wszechświata. Drabinki i huśtawki, ogródek jordanowski, plaża (o zgrozo, niewyobrażalne w dzisiejszych czasach aby siedmio czy ośmioletnie dziecko mogło samodzielnie wypuścić się na taką wyprawę)
Zabawy w sklep, z wykorzystaniem każdej rośliny przypominającej coś jadalnego.
Gonitwy w betonowym labiryncie zbudowanym z kręgów i pozostawionych elementów wielkiej płyty.
I te dwie rzeczy, których wspomnienie przywiodły moje kolorowe szkiełka.
Zabawa w „sekrety”("pamiętniki", "widoczki"). Czy jakiekolwiek dzieci jeszcze się w to bawią?
Wkladają suszone kwiatki, kolorowe papierki po cukierkach, czekoladkowe sreberka (nazywało się to na podwórku pazłotkiem) pod kawalek wypukłego najlepiej szkiełka i zakopują w ziemi?
Druga to kolorowe szklane kulki, ktore miały w środku cudownie tęczowe zawijaski.
Pamiętam je do teraz i to uczucie dziecięcego zachwytu kiedy patrzyłam na nie pod światło.

Szkoda mi też tego pokolenia przywiązanego do tabletów i konsol.
Dostatnie mają teraz dzieciństwo i...takie biedne.