Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2019

PALETOWE STOLARSTWO,czyli co zrobić z palet...

Co można zrobić z palet?
Pewnie prawie każdy widział gdzieś mebel z palet, najprostszy z możliwych - stolik/ ławę.
Paleta lub dwie, na kółeczkach.
Często też można zobaczyć typowo ogrodowe meble, ławy i fotele.
Akurat te ogrodowe nie zawsze mi się podobają.
Faktem jednak jest, że paleta to super materiał. Szczególnie dla działkowców czy też osób lubiących powtórne wykorzystanie materiałów. O niskobudżetowym walorze nie wspominając.
Mój ogródek jest bardzo tymczasowy i nie ponoszę praktycznie żadnych większych nakładów finansowych (oczywiście nie mówimy tu o sytuacjach, w których trzeba mi odginać palce zaciśnięte na doniczce z rośliną w centrum ogrodniczym 😄). Palety stanowią niezastąpione źródło materiału budowlanego. Pokazywałam ostatnio STOLIK OGRODOWY z palet i kafli. Teraz do kompletu dostał... mały taras.
taras z palet


Mam jeszcze jedną niewykorzystaną europaletę w składziku i zostanie przerobiona na kolejny kwietnik tym razem przyścienny, na skalniaki. Zapewne już niebawem.

Jak zrobić taras z palet?

Taras z palet



Potrzebne nam będą europalety. Mój mini taras ma wymiar 2,4 x 2,4 m. Powstał z sześciu palet o wymiarach 0,8 x 1,2 m. Najpierw trzeba oderwać od nich deski (te węższe) pozostawiając szerokie zewnętrzne i środkową. Te dwie oderwane deski powinny nam idealnie pasować do powstałego otworu (niestety jednego). Drugi otwór musimy wypełnić. Najwygodniej zrobić to deskami pozyskanymi z kolejnych europalet...
Brzegi naszego tarasu są dziurawe i widać konstrukcję. Zakryliśmy je więc długimi listwami (oczywiście z odzysku). Dzięki temu powstała rama trzymająca wszystko razem a dodatkowo udaremniająca wsypywanie się do środka kamyków z podłoża.
Oczywiście tylko w przypadku części palet okazało się, że deski pasują dokładnie do otworów, które trzeba uzupełnić. Trzeba było parę dociąć. Aby całość "nie rozchodziła się" na środku część desek przymocowaliśmy jednocześnie do dwóch palet.. Cała deska przykręcana na środku sprawia, że są one połączone razem. Dzięki temu taras jest skręcony w środku i wszystko jest w miarę trwałe. Oczywiście było trochę zabawy z wypoziomowaniem (poszły w ruch kamienie z podłoża). Potem jeszcze dwukrotne malowanie farbą do drewna (część drewna była nowa, jasna ale część ciemna a kilka desek pomalowanych na inny kolor). Na koniec całość została pomalowana olejem do drewna (impregnacja w Irlandii to rzecz kluczowa).

Prezentuje się to akceptowalnie :) 


W kwestii najnowszego udziergu mogę nareszcie napisać, że JEST GOTOWY :) i moknie właśnie w eucalanie...
CDN...

czwartek, 9 maja 2019

Żurawkowe/roślinne uzależnienie


Pierwsza była poobijana, przecenionana na jakieś grosze Heuchera Shanghai.
Wrzuciłam ją do ziemi i przeobraziła się w prawdziwą piękność...
Od tamtej pory moja kolekcja się „ciut” rozrosła.
Niestety, nie zostawilam sobie etykiet od tych pierwszych.
Podejrzewać tylko mogę co mam na grządkach.
Na pewno mam w skrzyniach:
Shanghai
Cherry Cola
Southern Comfort
Wild Rose
Northern Exposure Amber
Fire Alarm
Sugar Plum
Ruby Royal
Delta Dawn
Fire Chief
Green Spice
Lime Marmalade
Marmalade
Autumn Leaves
Palace Purple
Marvellous Marble

I jeszcze jakieś inne, muszę je kiedyś skatalogować.

W każdym razie, ostatnio mój zapał do robótek ręcznych jakoś przygasł.
Działo się niewiele (mam za to mnóstwo rozgrzebańców) a czas mijał mi przyjemnie na pracach ogródkowych. Mój ogródek jest niewielki i prawie wszystkie rośliny mam w pojemnikach (zamierzam je spakować i przewieźć do Polski kiedy zapadnie decyzja, ze to już dzień O). Wydawać by się mogło, że nie daje to wielkiego pola do popisu ale nie jest to dla mnie wielka przeszkoda. Po prostu...w kółko coś przesadzam.
Dzisiaj więc wpis ogródkowy.
Na pierwszym planie - hotel dla owadów (handmade :))

Poniżej, po prawej stronie - choinka doniczkowa z ostatniego sezonu. Kupiona w sieciowym Dunnes Stores...najwyraźniej postanowiła nie usychać. Trzymam za nią kciuki.








Tutaj mój najnowszy nabytek. Kuflik, zwany tutaj bottle brush. Ciekawe z jakiego powodu :) ?











Trzy ostatnie zdjęcia to moja ostatnia robótka. Po długiej przerwie wzięłam się za dzierganie. W dodatku jest to przeróbka. W ubiegłym roku powstała szydełkowa bluzka. Podobała mi się ale jakoś jej nie nosiłam. Chyba nie przepadam za dzianiną wykonaną przy użyciu szydełka. BLUZKA została więc prawie w całości spruta. Zostawiłam tylko karczek, do którego dorabiam teraz pozostałą część. Do bawełny Drops Safran dodałam cieniutką nitkę (wełna estońska) i popołudniami (kiedy już poprzesadzam sobie parę roślin) dłubię sobie powolutku. Rękawy będą chyba proste. Chociaż jeszcze nie wiem. 

Pozdrawiam z wiosennej Irlandii.







środa, 20 marca 2019

Dzień Św. Patryka

Dzień dobry,

dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. Dla bardzo cierpliwych czytelników.

Nowy OWIJACZ czeka na wykonanie dwóch chwostów i sesję zdjęciową.
Coś tam oczywiście dłubię robótkowo ale bez większego przekonania ponieważ moją uwagę od końca ubiegłego roku zajmuje zupełnie inny, bardzo skomplikowany projekt. 

Tymczasem od Tłustego Czwartku minęło już sporo czasu i pora na nowy wpis.
Minął miesiąc, po raz kolejny zawitałam do Gdańska i czasu na wszystko jakoś zrobiło się mało.

Pomyślałam sobie, że pora na post o Irlandii.
Czy jest lepszy czas na opublikowanie go niż marzec i Dzień Św. Patryka?

Pomieszkuję w tym kraju już cztery lata i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że za Irlandią nie
przepadam...
Nie jest to prawda. To po prostu nie jest moje miejsce na ziemi ale absolutnie nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej Szmaragdowej Wyspy.
Irlandia jest zielona, piękna, mglista, deszczowa i magiczna :)
Ma bardzo dużo dobrych stron i ...równie wiele mniej dobrych.
Jak każde inne miejsce na ziemi.
Nie ma miejsc idealnych.
Ba, wiem, że będę za nią, za jej dobrymi stronami, tęsknić po powrocie do Polski.
Chyba dla większości emigrantów (tych z pierwszego pokolenia) życie „w rozkroku”, pomiędzy światami, już zawsze wiąże się z tęsknotą za stworzeniem miejsca „pomiędzy”.

Co więc uważam za plusy tego miejsca? Cóż, największa zaleta tego kraju jest związana z wielką wadą naszego. Są to niestety ludzie :(
Gdybyśmy my, Polacy, nie byli tak agresywnym narodem, ten irlandzki luz i uprzejmość nie rzucałaby się aż tak bardzo w oczy... o ileż przyjemniej żyje się w miejscu, w którym większość jest wyluzowana i uśmiechnięta. W sklepach nikt nie warczy. Ludzie (obcy) uśmiechają się do Ciebie na ulicy i mówią "cześć". Normalną reakcją na spacerze jest co drugi człowiek podchodzący do naszych psów żeby sobie porozmawiać i pozachwycać się sierściuchami... W Polsce kiedy zaczepiam kogoś z psem na ulicy, mówiąc "dzień dobry, jaki super psiak" czuję się jak potencjalna złodziejka. Jakbym podchodziła aby wyrwać komuś torebkę. Wrogie łypnięcie i milczenie jest najczęstszą reakcją.
Nikt nie tłucze jak opętany w klakson kiedy na drodze zdarza się ciamajdowaty kierowca. Sporo tego.

Druga kwestia. Jeszcze gorzej świadcząca o nas.
Uczciwość.
Moje ostatnie loty wiążą się z przebojami po drodze.
Wracając w lutym do Irlandii zaliczyłam "podróżny tor przeszkód".
Zaczęło się na lotnisku w Gdańsku.
Nie byłam w stanie zalogować się do aplikacji i pokazać karty pokładowej bo... padł mi polski telefon. Irlandzki nie działał bo nie miałam doładowanej karty. Wylogowało mnie z aplikacji i na tablecie, po połączeniu z siecią na lotnisku ujrzałam komunikat "musisz się zalogować". Oczywiście nie pamiętałam hasła do konta Google a żeby je odzyskać...potrzebowałam sprawnego telefonu.
Policzyłam do dziesięciu.
Potem drugi raz.
Pomyślałam sobie, że po odprawieniu się ujrzałam na karcie pokładowej informację, że miejsce zostanie mi przydzielone na lotnisku...
Przez myśl przemknęło mi również, że może nie powinnam wsiadać na pokład samolotu? Nie lubię kiedy wszystko idzie tak pod górkę.
Przypomniałam sobie też w porę, że pokazywałam mojej Marci tę dziwaczną kartę pokładową bez przydzielonego miejsca i mam ją zapisaną w zdjęciach.
Uff, dzięki zdjęciu udało mi się przebrnąć przez kontrolę bezpieczeństwa (trzy pary drewnianych Knit Pro w portfelu oraz długa żyłka przeszły gładko). 
Usłyszałam, że wywołują moje imię i nazwisko. No! Przydzielą mi miejsce. Okazało się, że siedzę z samego przodu. Rząd drugi. Nareszcie coś miłego :) Leciałam tylko z bagażem podręcznym. Odebrać miał mnie Małżon, który miał tylko 40 minut na odstawienie mnie z lotniska do domu i spotkanie z ważnym Klientem.
Rozsiadłam się zadowolona, wyciągnęłam telefon, wodę, włączyłam odcinek serialu ściągnięty z Netflixa i wyluzowałam się.
Niepotrzebnie.
Okazało się, że moja walizka (standardowy mały bagaż) uniemożliwia zamknięcie schowka. Te w pierwszym i drugim rzędzie są płytsze.
Zabrano mi więc bagaż i wrzucono do schowka w rzędzie...30.
Żegnajcie marzenia o szybkim opuszczeniu samolotu. Trzeba będzie zaczekać aż wszyscy wysiądą.
Bagaż zniknął, ja zrezygnowana postanowiłam się zdrzemnąć.
Lot przebiegał w miarę. Turbulencje sporadycznie i bez większych emocji. Wszystko przebiegało szablonowo aż do czasu komunikatu z kabiny pilotów.
Na dole wieje. Bardzo. Na razie lecimy do Cork ale nie ma większych szans na lądowanie. Lotnisko jest tak usytuowane, że wieje z boku i jest to niebezpieczne. Nie ma co marudzić. Nie chcemy skończyć jako bohaterowie wiadomości :(
Zrobiliśmy sześć kółek. Pogoda się nie poprawiła. Polecieliśmy do Shannon.
Kapitan uprzedził, że mamy jedno, maksymalnie dwa podejścia (o ile dostaniemy pozwolenie bo też wieje, tyle dobrego, że nie z boku) do lądowania. Dublin zamknięty. Jeżeli nie wylądujemy, lecimy na kolejne najbliżej położone lotnisko, czyli...Londyn.

Na szczęście udało się wylądować w Shannon. Wprawiło mnie to w znakomity nastrój, który nie opuszczał mnie pomimo kilkunastominutowego czekania aż uda mi się odzyskać bagaż.
Czekać musiałam aż wszyscy wysiądą. Z całego samolotu, ze względów bezpieczeństwa wypuszczano tylko przednimi drzwiami. Minęło naprawdę sporo czasu a jeszcze na pokładzie samolotu poinformowano nas, że podstawią autobusy aby dostarczyć nas na lotnisko w Cork.
W końcu udało mi się wytaszczyć z bagażem i zejść na płytę lotniska...
UFF. Koniec kłopotów.
Teraz tylko skontaktuję się z Małżonem, wsiadam do autobusu i jadę do domu.

Skontaktowanie się nie było takie proste (patrz problem z komunikacją na lotnisku w Gdańsku).
Nie mogę się też połączyć z siecią na lotnisku w Shannon. Trzeba się zalogować (a wylogowało mnie w Gdańsku). Trochę czasu mija na rozpaczliwych próbach przypomnienia sobie hasła. Muszę poinformować Małżona bo jak go znam, siedzi w samochodzie i jedzie po mnie.
Chwilowo zapominam, że o 11 miał być podstawiony autobus. Mam jeszcze trochę czasu.
Po paru minutach słyszę, że wzywają mnie do punktu obsługi na lotnisku. Wkurzona myślę, że to akcja mojego Małżona, który nie może się skontaktować, postanowił wyciągnąć ciężką arterię i szuka mnie wszędzie.
Tymczasem dzwoni irlandzka komórka. Uff. To moje bystre Dziecko uznało, że byłam w Polsce przez miesiąc i pewnie przydałoby się doładować mi kartę. Dzięki temu ustalam z nią, że jadę zaraz  autobusem. Ojca ma odwołać z trasy bo jest już 30km za Cork. Ustalam też, że to nie oni poszukują mnie poprzez informację lotniskową. Rzucam szybko okiem na bagaż. Taaaak. Mam walizkę, torebkę, tablet i telefon(y). Portfela ani śladu.

Dopiero tu (o ile ktoś dotrwał do tej części historii) docieramy do sedna sprawy, czyli uczciwości.
W punkcie informacyjnym czeka na mnie mój portfel. Musiał mi wypaść kiedy gorączkowo próbowałam się zalogować. Ktoś go znalazł.
Odnajduję informację. Pani zerka na mnie a ja pokazuję mój leżący na jej biurku portfel, mówiąc, że należy do mnie. Odbieram go i otwieram.
W środku jest komplet dokumentów, karty płatnicze i pieniądze.
Nie jestem zdziwiona. Jestem osobą nad wyraz roztargnioną i nie pierwszy raz zgubiłam portfel. Zawsze odnajdywałam go szybko i z zawartością.
Oczywiście nie jest to reguła. W Polsce też zdarza się odzyskać zgubę.
Różnica polega na tym, że w Polsce się zdarza odzyskać, tutaj zdarza się, nie odzyskać.

Moja podróż zakończyła się tego dnia dobrze. Był jeszcze jeden "drobny" problem ponieważ w czasie poszukiwania informacji i odzyskiwania portfela...odjechał mój autobus.
Pomimo tego wróciłam sprawnie. Po prostu podstawiono dla mnie taksówkę, którą pokonałam 120 km do domu. Co ciekawe, leciałam jedynymi liniami oferującymi bezpośrednie połączenie Gdańsk-Cork. Ryanairem...

O pozostałych pozytywach i mankamentach irlandzkiego życia, innym razem.

Teraz na okrasę tej zdecydowanie przydługiej części pisemnej, kilka zdjęć z tegorocznej Parady Św. Patryka.




















środa, 24 października 2018

KOŁOWIEC NR 2

Dobry wieczór,

ozdoby świąteczne ozdobami ale w międzyczasie coś powstaje...
Jesień nadal nas rozpieszcza, spróbowałam wysuszyć na powietrzu nowy sweter.
Kołowiec nr 2 jakoś tak bardzo podobny do Kołowca nr 1.

Suszenie było trudne.
Felutka kocha rękodzieło i zawsze z dużym zainteresowaniem przygląda się moim pracom.
Tym razem też postanowiła zrobić odbiór techniczny...

Przy okazji pomyślałam sobie, że dawno nie było zdjęć moich Sierściuszków.
Z Felką nie ma większych problemów. Pozuje chętnie i można jej zrobić zdjęcie.
Gorzej z Merlinem (zwanym ostatnio Węglowodan, ze względu na preferencje żywieniowe. Pies-dziwadło. Kiedy widzi kiełbasę i racucha lub bułkę z masłem...wybierze bułkę/racucha)


Jedno z nielicznych zdjęć Marlina, na którym nie robi aż tak bardzo za mistrza drugiego planu (zazwyczaj udaje się go uchwycić w bezruchu, w pozycji na kangura, z wiadomego powodu...)


Tutaj Felutka pozuje na tle nowej graciarskiej (nowa miłość Małżona, połączenie piły, palet i gwoździ :)) zabudowy ogrodowej. Rośliny ciut ucierpiały i zapewne odchorują przeprowadzkę, niestety względy porządkowe przeważyły i znika trawnik z ogródka. Po prostu nie sposób uniknąć ton piachu wnoszonych na czterech wielkich łapach do domu...
Wszystkie rośliny powędrowały do skrzynek i dopiero w przyszłym roku będzie to jakoś wyglądało.
Trochę mi ich szkoda bo i żurawki i hortensje w tym roku wyrosły bardzo ładnie (podsypane szczodrze ukorzeniaczem przez Małżona, który myślał, że to odżywka do kwiatów).
To w tle, ta ciemna ściana to cecha charakterystyczna irlandzkich ogródków (lub raczej podwórko-ogródków jak je nazywam). Nie wiadomo z jakich względów tubylcy kochają te mury. Potrafią one otaczać nawet najmniejsze podwórka jakie w życiu widziałam. Bywa, że są częścią sąsiednich domów ale czasami nie i doprawdy trudno mi znaleźć uzasadnienie dla otaczania murem podwórka o powierzchni 5 metrów kwadratowych (tak, to nie pomyłka pięciu a nie pięćdziesięciu).
Wiecie, zanim tu przyjechałam na ciut dłużej, z zazdrością myślałam o świecie, w którym wszyscy mieszkają w domach.
Cóż. Problem w tym, że dla mnie "dom" był "domem" w znaczeniu swojskim, polskim.
Teraz się to ciut zmieniło ale do niedawna dom miał garaż, piwnice i tak około 200 metrów kwadratowych powierzchni. Do tego spory zazwyczaj ogród.
Przeciętny irlandzki dom to tak naprawdę domek. 60-80 m2. Z kartonowymi ścianami. Wieczną wilgocią, z którą całą zimę się walczy. Rurami kanalizacyjnymi biegnącymi po ścianach. Murem ogrodu sąsiada zasłaniającym kompletnie widok z okien. Salonem mającym 12-14 m2. Widziałam domy, które miały w sypialni, na podłodze...wystające kolanko rury kanalizacyjnej. Moja córka wynajmowała do niedawna "dom" o metrażu...48m2. Na górze były dwie sypialnie a na dole jeszcze jeden pokoik, "salon", kuchnia, łazienka i korytarz. 



Żurawkowa hodowla. Zapałałam do nich ogromnym uczuciem i rozsadzam na przyszły rok.

Krzaczek "podrasowany" ukorzeniaczem. W ubiegłym roku był to krzew wielkości tej fioletowej hortensji w dole zdjęcia...

Na koniec wpisu jeszcze raz Felka. Podejrzewam czasami, że nie jest to pies a kot. Być może ona też tak myśli. W każdym razie to jedyny seter jakiego znam wspinający się po drzewach i opatulający kocykami w każdym możliwym miejscu.


Tak poza tym, powolutku robi się też coś takiego...


Dobranoc :)


sobota, 8 września 2018

CO ZWIEDZIĆ W IRLANDII - NOHOVAL COVE


Dawno nie było zdjęć z pięknymi, irlandzkimi krajobrazami.
Dzisiaj coś z serii "Irlandia mało znana".
Nohoval Cove to mało znane miejsce. Znajduje się dość blisko naszego domu i doprawdy sama nie wiem czemu bywamy tam niezbyt często. Urody jest bowiem wyjątkowej...
Zobaczcie zresztą sami. Nazywamy to miejsce Narnią.

Najpiękniejsze widoki możemy podziwiać kiedy wdrapiemy się na wzgórze po lewej stronie zatoczki (drogi, ktorą do niej docieramy). Podczas tego wdrapywania proszę uważać. Droga nie jest trudna i bardzo stroma ale często bywa ślisko. Klify są też niezabezpieczone więc jeżeli w grę wchodzi spacer z małymi dziećmi to zalecałabym ostrożność.




Po prawej stronie drogi możemy zobaczyć tajemnicze ruiny. To pozostałość po dawnej kopalni łupków.

Gdyby komuś wpadło do głowy odwiedzenie tego magicznego zakątka Zielonej Wyspy to pod koniec podróży (tuż przed zatoką) radziłabym nie wierzyć ślepo nawigacji...
Korzystajcie raczej z metod starych i sprawdzonych, czyli oczy plus małe, drewniane drogowskazy. Być może droga wskazywana przez nawigację i mapy google prowadzi do naszej Narni ale nam nigdy nie udało się nią przejechać.

Przypomniałam sobie czemu nie wpadamy tam częściej. To dość wysokie klify a mamy przecież dwa Brysie, którym włącza się tryb "nieśmiertelność" podczas biegu.
Wolimy płaskie plaże...














Co jeszcze można zobaczy w pobliżu?
Koniecznie Kinsale...
Tam, wszystkim dziewiarkom polecam przyglądać się wystawom maleńkich sklepików.
Oczywiście, tak jak w całej Irlandii zobaczycie swetry, szale, kominy, czapki i rękawiczki ozdobione warkoczowymi plecionkami ale w jednym z nich znajdują się przepiękne szale z metkami, na których widnieje podpis Sophie Digard...
Jeżeli nie widziałyście nigdy jej wyrobów to odsyłam do wujka Google.
Ceny tych szali są astronomiczne ale i praca włożona w wykonanie olbrzymia.

Miłego piątku i weekendu!



środa, 17 maja 2017

OGRODOWE MIGAWKI

Mój pobyt w Polsce się "nieco" przedłuża.
Niestety, jedna wizyta u lekarza zazwyczaj kończy się skierowaniem do kolejnego...
Co zrobić.
Jeden plus jest taki, że nigdy nie byłam tak dokładnie przebadana.
Drugi, zdecydowanie lepszy, to to, że czuję się lepiej a jest nadzieja, że będzie to stała tendencja :)

W związku z moim samopoczuciem, robótkowanie trochę leży.
Na drutach Kid Silk i Alpaca (lubię te majowe przeceny Dropsa :))
Sweter się dzieje. Oczywiście od góry, bezszwowo i raglanowy. Na zdjęciu rosnący
rękaw :)
Ciut opadł mi entuzjazm bo zrobiło się naprawdę ciepło, za ciepło na zimową robótkę...


Czytanie koncentruje się wyłącznie na książkach "wakacyjnych".
Pisałam Wam kiedyś, że kocham moje miasto?
Nic nie szkodzi, mogę powtórzyć.
Poza mnóstwem zalet, których nie ma sensu tu wymieniać bo czasu zajmuje to wiele, jedną z moich ulubionych "rzeczy" jest tutejsza biblioteka.
Członkostwo w bibliotece wiąże się z posiadaniem Metropolitalnej Karty do Kultury (zniżki do kina, teatru, muzeów, na koncerty, do księgarń...)
Teraz najlepszy bonus!
Od ubiegłego roku, każda osoba będąca czytelnikiem może otrzymać bezpłatny kod dostępu do bazy legimi.pl...
Dostęp jest na miesiąc (potem musimy podejść do biblioteki po kolejny kod), bez limitu pobrań. Możemy więc bez problemu mieć legalny dostęp do olbrzymiej bazy ebooków :)
Dzięki temu już za mną ostatnia część z cyklu Remigiusza Mroza o dzielnym komisarzu Forście, cykl z Joanną Chyłką i parę innych książek. Teraz zabieram się za kolejne kryminały.
Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak sobie cenię dostęp do nowości wydawniczych za darmo?

Teraz już będzie ogrodowo, tytuł posta zobowiązuje.
W ubiegłym roku, nieoczekiwanie mój Małzon odkrył w sobie duszę majsterkowicza.
Uzupełnił zasób narzędzi i zaczął się bawić w stolarza-amatora.
Po rzeczach dość prostych (skrzynie na kwiaty wykonane z materiału z odzysku, czyli palet) wykonał taki oto mebel!
Wersja surowa, teraz czeka na przeszlifowanie i pomalowanie.
Jestem z niego (Małżona) naprawdę dumna!

 Pora na parę roślin.






Na koniec jeszcze zdjęcia sierściuchów.
Mamy problem z Felką, która jest psem bardzo skocznym i bez lęku wysokości.
W dodatku przeszła bardzo intensywny trening i jest ułożonym psem myśliwskim...
Czasami wydaje mi się, że poluje nawet przez sen. Jest zawsze spięta i czujna.
Teraz, do ulubionych zajęć doszła jej wspinaczka po płocie.
Na tym zdjęciu, Felka stoi na szczycie muru porośniętego bluszczem. Znajduje się na wysokości ok. 2,5 metra...

W tym czasie hedonista Merlin... nie zawraca sobie łba jakimś durnym wyszukiwaniem obiektów do upolowania tylko zażywa kąpieli słonecznych.

Czasami zastanawiam się czy te nasze psy rzeczywiście są z jednego miotu.
Felicja jest czujna nawet w tych nielicznych momentach kiedy nieruchomieje...
Pozdrawiam (jeszcze) ze słonecznego Gdańska!