Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2019

WAKACYJNE LENISTWO I DZIEWIARSTWO TEORETYCZNE

Dzień dobry,

znowu długo nie pisałam.
Głównie dlatego, że w tym sezonie wakacyjnym oddaję się przede wszystkim chorowaniu oraz nicnierobieniu...
Idzie mi świetnie. Niestety i jedno i drugie.
Przez ostatnie tygodnie nie dokończyłam żadnej z rozpoczętych prac (jeden sweter jest na etapie braku rękawa...). Ba, żadnej nie rozpoczęłam aby po chwilowym zauroczeniu, porzucić.
Zajmowałam się głównie dziewiarstwem teoretycznym.
Dostałam pod choinkę dwie super książki i wertuję je ostatnio w poszukiwaniu weny. Przedwczoraj kupiłam kolejną...
Poza tym spędzam czas na lenistwie i zamienianiu mojego mikroskopijnego ogródka w gąszcz krzaków, żurawek, hortensji oraz innych roślin.
Wygląda to bardzo nieuporządkowanie ale lubię ten roślinny chaos i nadmiar.
Efekt sklepu ogrodniczego pojawił się zresztą nie bez powodu. Po prostu kupiłam sporo maleńkich roślin z zamiarem podhodowania ich i zabrania wiosną do Polski.
Plan wypalił w100%. Nawet więcej :). Po prostu nie uwzględniłam, że aż tak będzie się to roślinne towarzystwo rozrastać.
Wiosną, w kwietniu, znalazłam powojnik wyrastający...spod kompostownika. Miał cztery listki. Od razu wiedziałam skąd się wziął. Była to roślina, która trzy lata temu nie przetrwała mojej pomyłki (podlałam rośliny, WSZYSTKIE, środkiem chwastobójczym). Korzenie z bryłką ziemi wylądowały na samym dnie nowiutkiego kompostownika. Po trzech latach powojnik postanowił jednak ożyć. Wykopałam go więc i trafił do dużej donicy ze świeżą ziemią.
To było w kwietniu. Teraz ma ponad metr kłębowiska gałęzi i liści...
Wrzucam kilka wakacyjno-roślinno-sierściuchowych zdjęć.
Wczoraj zakończyło się lato (w Irlandii jesień zaczyna się w sierpniu).
Wieje, leje i jest paskudnie. W nocy była nawet burza!!!
Wzmianka o tym zasługuje na trzy wykrzykniki bowiem burza z piorunami jest tu zjawiskiem praktycznie nieznanym!
Psy się wściekły, narobiły dodatkowego rabanu. W dodatku Felka wystraszona oraz rozeźlona hukiem obudziła się i wyskoczyła spod kocyka...prosto w warczącą paszczę wilka na ekranie telewizora. Rozumne z niej zwierzę, wlazła pod stół aby poszczekiwać i obserwować przeciwnika.
Skoro jest jesiennie (taka dość listopadowa aura, tylko sporo cieplejszy deszcz) to nawyki dziewiarskie pokonały lenistwo i wczoraj powstało 15 elementów mojego nowego szala.

Zagląda tu jeszcze Ktoś?
Coraz mniej moich ulubionych blogów :(


CDN :)
















wtorek, 16 kwietnia 2019

BLYSKAWICZNA DEKORACJA WIOSENNA...

czyli jak zrobić wiosenną i wielkanocną ozdobę z filcu i „przydasiów”?

Zorientowałam się właśnie, że już za chwileczkę, już za momencik jest Wielkanoc.
Tymczasem ja, dość leniwym tempem dłubię sobie (haft krzyżykowy) ozdoby świąteczne tyle tylko, że ... nie na te święta. To zresztą taka moja tradycja. Prawie zawsze robienie ozdób na Boże Narodzenie „ciut” mi się przeciąga i kończę je grubo po grudniu.

W tym roku akcja ta chyba będzie całoroczna 🙂







Wczoraj rano znalazłam w ogródku urwaną przez Brysia dużą gałąź (nasz Bryś spędza każdą wolną chwilę na płocie, stara się wykarczować krzewy...) i pomyślałam, że Wielkanoc za pasem, przydałoby się zrobić jakąś błyskawiczną dekorację.
























































Czego potrzebujemy?





1. Gałąź/patyk
2. Filc/kawałki tkanin
3. Koraliki, guziki, piórka i inne „przydasie”
4. Igły, nitki, klej etc.
5. Kawałek sznurka lub grubszej włóczki.
6. Coś do wypchania ptaszków (wypełniacz do zabawek, wata, skrawki filcu etc)



Pierwotna wersja zakładała uszycie kurczaków/ptaszków z płótna ale... nie chciało mi się wyciągać maszyny do szycia.

Uznałam, że podłubię sobie ręcznie.

Ja zrobić taką dekorację?

1. wycinamy z filcu serduszka (po dwa na kuraka). Powinny być identycznego kształtu.
2. z kawałeczków czerwonego/pomarańczowego filcu wycinamy grzebyki i dziobki.
3. na serduszka naszywamy koraliki, guziki, ozdabiamy je haftem, uruchamiamy wyobraźnię jednym słowem.
4. przyklejamy (do tylnego serduszka) piórka na ogon oraz grzebyk i dziobek)/ ogon możemy zrobić również z kawałka filcu.
5. zszywamy ze sobą serduszko wierzchnie i tylne, zostawiając kawałek otworu do włożenia wypełniacza.
6. wkładamy przez pozostawiony otwór wypełniacz i zaszywamy otwór.
7. przewlekamy nitkę przez górną część kuraka i mocujemy go przy jej pomocy do gałązki.
8. do gałązki przywiązujemy kawałek wstążki czy sznurka, możemy już zawiesić naszą dekorację w dowolnym miejscu.
Moja dekoracja potrzebuje jeszcze dopracowania i muszę dla niej znaleźć jakieś miejsce. Na razie...Brysie na nią polują :)

Jest to praca na tyle prosta, że można zrobić ją z dziećmi, które przecież mają na razie wolne bo nauczyciele strajkują.
Zazwyczaj nie wypowiadam się na tematy ogólnie uznawane za drażliwe bo niekoniecznie kocham wbijanie kija w mrowisko. Jeżeli chodzi o strajk nauczycieli to mam jednak bardzo mieszane uczucia.
Uważam, że nauczyciele powinni być dobrze wynagradzani bo to bardzo ciężka praca.
Szkoła i nauczyciele w ogóle powinni mieć więcej uprawnień i narzędzi aby móc okiełznać niektóre szczególnie trudne przypadki dzieci i ...rodziców.
Nie podoba mi się jednak kilka kwestii.
Na pewno nie podoba mi się termin strajku.
Nie wyobrażam sobie stresu dzieciaków, które teraz podchodzą do ważnych egzaminów, za moment przecież matury! Nie chciałabym aby moje dziecko miało dodatkowy, taki ogromny stres związany z egzaminem maturalnym!
Kwestia druga. Nie lubię kiedy opowiada się bajki.
Pierwsza bajka to ta dotycząca godzin pracy.
Słyszę w tv panią, która mówi, że z badań wynika iż statystycznie nauczyciel pracuje...47 godzin tygodniowo! Za moment jest wypowiedź pana, który twierdzi, że za 2400,00 nie wyżywi rodziny i musi pracować jeszcze w dwóch firmach. Zupełnie nie wiem kiedy on te trzy etaty godzi kiedy już jeden jest tak wymagający i czasochłonny? Wiem natomiast, że mam nauczycieli z dużym stażem wśród znajomych oraz w rodzinie i niekoniecznie będę się upierała nad tymi dziesiątkami godzin spędzanymi w pracy. Mam też dziecko, które chodziło do szkoły w Polsce i jakoś tak uważam, ze większość ocen pojawiała się w dzienniku tuż przed półroczem. Niestety, nie mogę się zgodzić, że przeciętny nauczyciel robi często prace klasowe, kartkówki itp. Siłą rzeczy nie pracuje po 8 godzin dziennie.
Kwestia ostatnia, kluczowa czyli pieniądze.
Ja wiem, nauczyciele pokazują w tv swoje odcinki  z wynagrodzeniami.
Problem w tym, że nie widziałam do tej pory żadnego zeznania PIT.
W telewizji nie widziałam bo na oczy to i owszem.
Tak się bowiem składa, że zdarzało mi się pomagać w rozliczeniu z fiskusem i to kilku zaprzyjaźnionym nauczycielkom. Jedna z nich systematycznie opowiadała mi, że na rękę otrzymuje 1700,00 pln. Cóż, moja troska o to, jak sobie radzi wyparowała kiedy zobaczyłam jej dochody. Powtórzę, uważam, że nauczyciele powinni być godziwie wynagradzani. Nie lubię jednak kiedy opowiada mi się bajki. Moim ulubionym nauczycielskim argumentem, w rozmowie na temat zarobków było: "W życiu! Jakie 3500 na rękę? Zarabiamy grosze, grosze!" Po moim "Hmmm, ja przecież widziałam Twojego PIT?" usłyszałam: no tak, jak się doda wszystkie dodatki, nagrody, trzynastkę, parę groszy za nadgodziny i odejmie pożyczki w PKZP to może i wyjdzie troszkę więcej...".
Mój "rekordowy PIT" to nauczycielka w liceum, która pracuje w nim na cały etat i dorabia sobie w drugiej szkole. Dochody? Nie pamiętam końcówek ale około 96 000,00. Roczne dochody brutto oczywiście. Zresztą, jeżeli ktoś nie wierzy może sobie poszperać w wujku google. Zapewne dość szybko namierzy nauczycieli, którzy składają oświadczenia majątkowe.
Nie wiem czy to są "żebrackie pieniądze". Mówię tu oczywiście o nauczycielach ze stażem, mianowanych etc. Takich, którzy chyba są obecnie w większości kadrą w polskich szkołach.
Kończę. Pożyjemy i zobaczymy jakie będą efekty tego strajku.

Wracając do moich filcowych kurczaków.
Tradycyjnie przepraszam za jakość zdjęć. Po prostu... od soboty bez przerwy lało.
Przed chwilą się przejaśniło. Idę sprawdzić wielkość zniszczeń w ogródku i biegnę na miasto. W końcu to Irlandia, za moment może zacząć lać na nowo...


czwartek, 21 lutego 2019

HAFCIARSKI PRZERYWNIK

Dopadło mnie przeziębienie.
Jak zwykle zresztą po locie samolotem i zmianie klimatu na tę "dżdżystość permanentną".
Tak się jakoś dzieje, że każdy lot samolotem i powrót do Irlandii, odchorowuję.
A niestety (albo i nie) latam na trasie Polska-Irlandia dość często.

W każdym razie zaopatrzona w dużą ilość witaminy C, miód i sok z malin dostarczony mi rano przez Dziecko, postanowiłam dokończyć Malabrigowy szal. Dzisiaj.

Zabrałam się do tego metodycznie.
Zrobiłam termos herbaty z sokiem malinowym.
Wyciągnęłam robótkę.
Przez dwie godziny przeszukiwałam bazę Legimi aby znaleźć coś interesującego do czytania.
Po trzecim „bestsellerze”, który został chyba przetłumaczony przez translator, zrezygnowalam.
Wrzuciłam coś do grania.
Wyciągnęłam robótkę...
Odłożyłam ją na moment.
Znudzony Brysiek wskoczył na fotel, na który odłożylam dziergadło...
Ułamał drut. Moje ulubione, drewniane Knit Pro nie grzeszą trwałością, szczególnie w zetknięciu z cielskiem Bryśka. Pomyślałam, że jest dobrze. W końcu mógł sobie coś zrobić.
Drutowego zamiennika nie udalo mi się zlokalizować...wyciągnęłam więc niedokończone dzielo krzyżykowe.
Patrzę teraz na nie. Psy łypią zza stolika.
A mnie się chyba nic nie chce.
Leń do sześcianu mnie ogarnął.
Też tak czasami macie?
Taki leń, że nawet gmeranie w internecie jakoś nie idzie? :)
Instagram, Pinterest, Fb, Ravelry...
Swoją drogą nie za dużo tych miejsc do przeglądania?
Chyba wrócę dzisiaj do źródeł.
Wrzucę płytę, zaparzę kolejny dzbanek herbaty i poszukam książki do czytania.
W końcu ściana, na której ma zawisnąć mój haftowany, celtycki krzyż, na razie sobie odpłynęła w siną dal...
Nie muszę sie spieszyć.

Czytacie teraz coś interesującego?
Jeżeli tak, poproszę o inspiracje...

Na zdjęciu dowód na to, że mam już ponad połowę tych mikroskopijnych krzyżyków...




środa, 24 października 2018

KOŁOWIEC NR 2

Dobry wieczór,

ozdoby świąteczne ozdobami ale w międzyczasie coś powstaje...
Jesień nadal nas rozpieszcza, spróbowałam wysuszyć na powietrzu nowy sweter.
Kołowiec nr 2 jakoś tak bardzo podobny do Kołowca nr 1.

Suszenie było trudne.
Felutka kocha rękodzieło i zawsze z dużym zainteresowaniem przygląda się moim pracom.
Tym razem też postanowiła zrobić odbiór techniczny...

Przy okazji pomyślałam sobie, że dawno nie było zdjęć moich Sierściuszków.
Z Felką nie ma większych problemów. Pozuje chętnie i można jej zrobić zdjęcie.
Gorzej z Merlinem (zwanym ostatnio Węglowodan, ze względu na preferencje żywieniowe. Pies-dziwadło. Kiedy widzi kiełbasę i racucha lub bułkę z masłem...wybierze bułkę/racucha)


Jedno z nielicznych zdjęć Marlina, na którym nie robi aż tak bardzo za mistrza drugiego planu (zazwyczaj udaje się go uchwycić w bezruchu, w pozycji na kangura, z wiadomego powodu...)


Tutaj Felutka pozuje na tle nowej graciarskiej (nowa miłość Małżona, połączenie piły, palet i gwoździ :)) zabudowy ogrodowej. Rośliny ciut ucierpiały i zapewne odchorują przeprowadzkę, niestety względy porządkowe przeważyły i znika trawnik z ogródka. Po prostu nie sposób uniknąć ton piachu wnoszonych na czterech wielkich łapach do domu...
Wszystkie rośliny powędrowały do skrzynek i dopiero w przyszłym roku będzie to jakoś wyglądało.
Trochę mi ich szkoda bo i żurawki i hortensje w tym roku wyrosły bardzo ładnie (podsypane szczodrze ukorzeniaczem przez Małżona, który myślał, że to odżywka do kwiatów).
To w tle, ta ciemna ściana to cecha charakterystyczna irlandzkich ogródków (lub raczej podwórko-ogródków jak je nazywam). Nie wiadomo z jakich względów tubylcy kochają te mury. Potrafią one otaczać nawet najmniejsze podwórka jakie w życiu widziałam. Bywa, że są częścią sąsiednich domów ale czasami nie i doprawdy trudno mi znaleźć uzasadnienie dla otaczania murem podwórka o powierzchni 5 metrów kwadratowych (tak, to nie pomyłka pięciu a nie pięćdziesięciu).
Wiecie, zanim tu przyjechałam na ciut dłużej, z zazdrością myślałam o świecie, w którym wszyscy mieszkają w domach.
Cóż. Problem w tym, że dla mnie "dom" był "domem" w znaczeniu swojskim, polskim.
Teraz się to ciut zmieniło ale do niedawna dom miał garaż, piwnice i tak około 200 metrów kwadratowych powierzchni. Do tego spory zazwyczaj ogród.
Przeciętny irlandzki dom to tak naprawdę domek. 60-80 m2. Z kartonowymi ścianami. Wieczną wilgocią, z którą całą zimę się walczy. Rurami kanalizacyjnymi biegnącymi po ścianach. Murem ogrodu sąsiada zasłaniającym kompletnie widok z okien. Salonem mającym 12-14 m2. Widziałam domy, które miały w sypialni, na podłodze...wystające kolanko rury kanalizacyjnej. Moja córka wynajmowała do niedawna "dom" o metrażu...48m2. Na górze były dwie sypialnie a na dole jeszcze jeden pokoik, "salon", kuchnia, łazienka i korytarz. 



Żurawkowa hodowla. Zapałałam do nich ogromnym uczuciem i rozsadzam na przyszły rok.

Krzaczek "podrasowany" ukorzeniaczem. W ubiegłym roku był to krzew wielkości tej fioletowej hortensji w dole zdjęcia...

Na koniec wpisu jeszcze raz Felka. Podejrzewam czasami, że nie jest to pies a kot. Być może ona też tak myśli. W każdym razie to jedyny seter jakiego znam wspinający się po drzewach i opatulający kocykami w każdym możliwym miejscu.


Tak poza tym, powolutku robi się też coś takiego...


Dobranoc :)


piątek, 3 sierpnia 2018

W TRAKCIE

Dzień dobry,

irlandzki upał odrobinę zelżał i postanowiłam wyjąć z szuflad kilka zaawansowanych "ufoków".
Na pierwszy ogień poszedł sweter robiony przed rokiem. Jak wszystkie udziergi sprzed roku, rozpoczęty został w szpitalu. W praktyce sprawdziłam w tym czasie teorię, że nic tak nie uspokaja jak dziergania. Nawet joga...
Poza tym dziergać przy łóżku niezbyt a czasami całkiem nieprzytomnego Małżona się dało bez większych konsekwencji. Wątpię czy joga w moim wykonaniu, na szpitalnej podłodze, przeszłaby bez echa.

Dzierganie w ubiegłym tygodniu (równiez w samochodzie podczas wyprawy do Dublina) posunęło sprawę mocno do przodu. Teraz tylko rękawy. "Tylko" rękawy... czemu one nie chcą się robić tak szybko jak reszta?

Na zdjęciach efekty dziergania ogródkowego. Kontrola jakości (Felka oczywiście) na miejscu. Czujna jak zawsze.
Włóczka to moje ulubione Sock Malabrigo w kolorze Pocion.
Druty nr 3 (oraz 2,5 do zrobienia ściagaczy)
Kolor włóczki jest najbardziej zbliżony do tego na ostatnim zdjęciu.





środa, 17 maja 2017

OGRODOWE MIGAWKI

Mój pobyt w Polsce się "nieco" przedłuża.
Niestety, jedna wizyta u lekarza zazwyczaj kończy się skierowaniem do kolejnego...
Co zrobić.
Jeden plus jest taki, że nigdy nie byłam tak dokładnie przebadana.
Drugi, zdecydowanie lepszy, to to, że czuję się lepiej a jest nadzieja, że będzie to stała tendencja :)

W związku z moim samopoczuciem, robótkowanie trochę leży.
Na drutach Kid Silk i Alpaca (lubię te majowe przeceny Dropsa :))
Sweter się dzieje. Oczywiście od góry, bezszwowo i raglanowy. Na zdjęciu rosnący
rękaw :)
Ciut opadł mi entuzjazm bo zrobiło się naprawdę ciepło, za ciepło na zimową robótkę...


Czytanie koncentruje się wyłącznie na książkach "wakacyjnych".
Pisałam Wam kiedyś, że kocham moje miasto?
Nic nie szkodzi, mogę powtórzyć.
Poza mnóstwem zalet, których nie ma sensu tu wymieniać bo czasu zajmuje to wiele, jedną z moich ulubionych "rzeczy" jest tutejsza biblioteka.
Członkostwo w bibliotece wiąże się z posiadaniem Metropolitalnej Karty do Kultury (zniżki do kina, teatru, muzeów, na koncerty, do księgarń...)
Teraz najlepszy bonus!
Od ubiegłego roku, każda osoba będąca czytelnikiem może otrzymać bezpłatny kod dostępu do bazy legimi.pl...
Dostęp jest na miesiąc (potem musimy podejść do biblioteki po kolejny kod), bez limitu pobrań. Możemy więc bez problemu mieć legalny dostęp do olbrzymiej bazy ebooków :)
Dzięki temu już za mną ostatnia część z cyklu Remigiusza Mroza o dzielnym komisarzu Forście, cykl z Joanną Chyłką i parę innych książek. Teraz zabieram się za kolejne kryminały.
Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak sobie cenię dostęp do nowości wydawniczych za darmo?

Teraz już będzie ogrodowo, tytuł posta zobowiązuje.
W ubiegłym roku, nieoczekiwanie mój Małzon odkrył w sobie duszę majsterkowicza.
Uzupełnił zasób narzędzi i zaczął się bawić w stolarza-amatora.
Po rzeczach dość prostych (skrzynie na kwiaty wykonane z materiału z odzysku, czyli palet) wykonał taki oto mebel!
Wersja surowa, teraz czeka na przeszlifowanie i pomalowanie.
Jestem z niego (Małżona) naprawdę dumna!

 Pora na parę roślin.






Na koniec jeszcze zdjęcia sierściuchów.
Mamy problem z Felką, która jest psem bardzo skocznym i bez lęku wysokości.
W dodatku przeszła bardzo intensywny trening i jest ułożonym psem myśliwskim...
Czasami wydaje mi się, że poluje nawet przez sen. Jest zawsze spięta i czujna.
Teraz, do ulubionych zajęć doszła jej wspinaczka po płocie.
Na tym zdjęciu, Felka stoi na szczycie muru porośniętego bluszczem. Znajduje się na wysokości ok. 2,5 metra...

W tym czasie hedonista Merlin... nie zawraca sobie łba jakimś durnym wyszukiwaniem obiektów do upolowania tylko zażywa kąpieli słonecznych.

Czasami zastanawiam się czy te nasze psy rzeczywiście są z jednego miotu.
Felicja jest czujna nawet w tych nielicznych momentach kiedy nieruchomieje...
Pozdrawiam (jeszcze) ze słonecznego Gdańska!


piątek, 13 stycznia 2017

PLANY NA WEEKEND

Dzień dobry,

wiosnę chyba poczułam w kościach i uznałam, że pora na przebudzenie z zimowego snu.
Efekty są dramatyczne...
Nie mogę się zdecydować co mam robić najpierw.
Rozgardiasz w głowie i w domu kompletny.
LALKA PRAWIE WALDORFSKA nadal czeka na nową twarz.
Powód jest prozaiczny- nie mogę tu kupić przyzwoitej tkaniny.
Mam dwie opcje - kupić trykot w Polsce i czekać aż do mnie dotrze lub...zrobić tę twarz na drutach w rozmiarze 1,5...
Na razie myślę a póki co powstaje lalokot.

Lalka kot robiona na drutach
Jeszcze nie wiem czy wąsiska stanowiące integralną część nosa zostaną, są bardzo sztywne a chyba wolałabym żeby zabawka służyła "do zabawy" a nie "do siedzenia na półce".
Zastanawianie się jest u mnie jednoznaczne z przerwą w pracy nad robótką.
Nie oznacza to bynajmniej, że niczego nie robię:)
Otóż robię coś całkiem innego niż dotychczas.
Korciło mnie to od dawna i nadarzyła się super okazja.
Dostałam drewniany stolik kawowy, po przejściach.
Robi się lifting mebla moje drogie:)

Odnawianie starego stolika kawowego
Niestety i to zajęcie musiałam przerwać.
Felka chce pomagać, szlifierka wprawia w drgania cały dom, trochę to jednak pyli pomimo zbiornika na odpady i filtra... muszę poczekać na piękny, słoneczny dzień i zejść na podwórko.
Już jednak wiem, że PODOBA MI SIĘ!

Odłożyłam jednak na moment szlifierkę do kąta i będąc na fali budowlanej rozłożyłam na podłodze folię i zaczęłam malować drzwi do łazienki.

Nareszcie trafiłam na zajęcie, które mnie nie porwało...
Pomalowałam futrynę. Uznałam, że kolor light rain i farba o nazwie eggshell są super.
Pociapałam się przy tym okrutnie i uznałam, że NIE.
Nie lubię malowania.
Bardzo ważna informacja, dobrze to wiedzieć bo ostatnio rozważaliśmy pomysł kupna mieszkania do generalnego remontu.
Dobrze jest czasami skonfrontować marzenia z rzeczywistością :)

Czekam teraz na Małżona.
Chyba nie miał w planach malowania w piątkowy wieczór.
A szkoda. Mogłoby być tak miło...
:) :) :)
Idę ciut ogarnąć, szczególnie ślady po farbie WSZĘDZIE.

W weekend zero czasu. Plaża z Sierściuchami raz w tygodniu rzecz święta a w niedzielę WOŚP (w tutejszym sztabie działam i dzień będzie zapewne zajęty dość mocno :). Trzeba pomalować te drzwi dzisiaj...

Pozdrawiam

środa, 4 stycznia 2017

CO ZWIEDZIĆ W IRLANDII - ARDMORE (WDiC HMM...NORA ROBERTS i Aird Mhór)

Podróże po Irlandii 

Katedra (i nie tylko) w Ardmore (Aird Mhór)

Sobota nie jest u nas dniem rękodzielniczym.
Zazwyczaj w ten dzień pakujemy naszą parę sierściuchów i jedziemy gdzieś w okolicę z "dużym wybiegiem".
Tym razem "duży wybieg" znajdował się ciut dalej od domu.
Około 60 km za Cork, leży Ardmore.
Mała, nadmorska miejscowość wypoczynkowa z ładną, piaszczystą plażą.
Piaszczyste plaże należą w Irlandii do rzadkości, cenimy je bardzo ze względu na walory "wybiegowe". Dwa trzyletnie setery mają swoje potrzeby :)
Ardmore uznawane jest za najstarszą osadę chrześcijańską w Irlandii.
To na tych terenach żył święty Declan (ok. 350-450 naszej ery)  i chrystianizował Celtów jeszcze zanim na wyspę przybył św. Patryk.

Dlaczego relację z sobotniego wypadu "podpinam" pod środowe wspólne dzierganie i czytanie?
Miejscowość ta stanowi tło wydarzeń tak zwanej trylogii irlandzkiej napisanej przez Norę Roberts. Fanki twórczości pani Roberts przyjeżdżają aby odszukać ślady lady Gwen i Jude Murray oraz rodzeństwa Gallagher.
Z okazji wizyty w Ardmore właśnie "czyta się" audiobook z pierwszą częścią trylogii (Klejnoty słonca). Nie jestem fanką tego typu romansów ale ciekawa jestem jak opisane są irlandzkie okolice, które znam.

Tym razem tuż po przyjeździe na miejsce zrzedły nam miny. Okazało się, że w Ardmore jest spora impreza hippiczna. Parking zajmowały samochody z przyczepami dla koni. Jeźdźcy byli wszędzie a nasza Felka darzy konie szczególnym uczuciem i baliśmy się, że trzeba będzie przenieść się gdzieś dalej. Na szczęście zwyciężyła miłość do kąpieli morskich i po szczekliwym, energicznym powitaniu, dała konikom spokój.

Plaża w Ardmore. Felka i konie

Plaża w Ardmore. Felka i Merlin w wodzie
Zazwyczaj nasze sierściuchy spędzają na szaleńczej gonitwie około godziny czy raczej dwóch. W Ardmore jest jednak więcej atrakcji, pozwoliliśmy pobiegać im paręnaście minut i ruszyliśmy dalej.

Jeszcze jeden rzut oka na plażę w Ardmore
 Nakłonienie Felki, która nie zdążyła jeszcze wrzucić nawet czwartego biegu :), do powrotu, tym razem poszło bardzo sprawnie i ruszyliśmy dalej.

Felka na plaży w Ardmore

Sierściuchy w Ardmore
Psy zatargały nas przez to senne zazwyczaj miejsce na górę, w pobliże katedry. Piszę zazwyczaj gdyż tym razem, poza jeźdźcami na koniach, miejscowość opanował tłum chłopców w wieku lat 6-106, z dziwacznymi kijami, którymi odbijali niewielką piłeczkę. Hurling zwany inaczej gaelickim futbolem opanował drogę, ścieżki, uliczki, cmentarz...
Rozgrywki hurlingowe odbywają się na boisku. Nie wiem czy w Ardmore takiego nie posiadają, czy też to jakaś lokalna odmiana ale gra toczyła się najwyraźniej wszędzie. Postanowiłam zignorować uporczywą myśl, że gdzieś czytałam iż to naprawdę bardzo szybki sport. Piłka uderzona takim dziwacznym, jesionowym kijem, osiąga prędkość nawet 150 km/h... Wykonana jest ze skóry i mam taką w domu, twarda jest jak beton..
Nie podzieliłam się niepokojącymi przypuszczeniami z resztą wycieczki (Teściowa, Małżon i Córka oraz dwa psy, które sądząc po zachowaniu, jako jedyne zdawały sobie sprawę z grozy sytuacji).
Na szczęście obyło się bez ran i bezpiecznie dotarliśmy na górę, z której rozpościerał się widok na katedrę, cmentarz, plażę i Morze Celtyckie oraz górującą nad Ardmore, okrągłą wieżę.
Wieża i stary cmentarz w Ardmore

Okrągła wieża w Ardmore
O okrągłych wieżach pisałam w poście z ubiegłorocznej wyprawy do Connemary (Przeczytaj o wyprawie do Connemary, koralowej plaży i opactwie Kilmacduagh)

Tutejsza wieża jest bardzo dobrze zachowana, pochodzi z XII wieku i liczy około 30 metrów (tak tylko dla porównania napiszę, że to tyle co dziesięciopiętrowy blok mieszkalny...)

Katedra nie prezentuje się bardzo okazale. Ot, ruiny jakich w okolicy wiele. Przy bliższym poznaniu, potrafiła mnie jednak urzec swoją surową urodą. Często zdarza mi się odczuwać podziw i jakiś rodzaj onieśmielenia kiedy widzę bardzo stare, bardzo piękne świątynie. Prawie w nich słychać szept modlitw wypowiadanych przez setki lat, przez kolejne pokolenia wiernych.
Podobne myśli mam zawsze w starych mozarabskich kościołach na północy Hiszpanii.

 
Katedra św. Declana pochodzi z XIII wieku, jednak na jednej z bocznych ścian (zewnętrznej) znajdują się takie cuda:
 
Katedra w Ardmore

Płaskorzeżby na ścianie katedry w Ardmore

Płaskorzeźby te pochodzą z wcześniejszej budowli z IX wieku. Przedstawiają kilka scen biblijnych (Adam i Ewa pod rajskim drzewem, pokłon Trzech Króli, "wyrok Salomona"czy Archanioła Michała ważącego dusze)

We wnętrzu znajdziemy kilka średniowiecznych nagrobków oraz dwa bardzo nietypowe kamienie.



Nietypowe kamienie wyglądają tak:

Kamień ogham w Ardmore
 
Kamień ogham w Ardmore
Kamienie z katedry zaintrygowały mnie kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy.
Nie pojechałam wtedy do Ardmore przygotowana i nie miałam pojęcia na co patrzę.
Kamienie są spore, mają ponad metr wysokości i są jakby "ponacinane".
Sama nie wpadłabym na to, że patrzę na alfabet... 

To co widzimy, te nacięcia to pismo ogamiczne. Jedna z teorii głosi, że zostało wymyślone (na bazie alfabetu) przez celtyckich druidów i było swego rodzaju szyfrem. Miało uniemożliwiać oczytanie informacji podczas inwazji Imperium Rzymskiego.

Krótszy napis głosi "Ukochany". Dłuższy jest jednocześnie najdłuższym napisem w piśmie ogamicznym i jest to: Z Dolativix (PN) (PN), syn kowala Lugud'S, plemienia z Nia Segamain"

Nie chcę już przedłużać tej relacji.
Z atrakcji najbliższej okolicy możemy jeszcze wymienić oratorium św. Declana (VIII wiek).
Podobno to tym miejscu znajduje się grób świętego (ten domeczek na zdjęciu zamieszczonym niżej).

Oratorium św. Declana
 Kolorowe, urocze chatki kryte strzechą:

Dom w Ardmore
Piękną trasę nadmorską z zapierającymi dech w piersiach widokami:





Miejsca do obserwacji wielorybów, delfinów i innych sporych stworzeń morskich:


Kamień św. Declana. Zgodnie z legendą, na kamieniu tym dotarł na wybrzeże złoty dzwon św. Declana, zapomniany podczas przeprawy mnicha z Walii.
Podobno przejście pod nim w dniu 24 lipca, może wyleczyć nas z chorób stawów.


Ardmore na pewno jest bardzo atrakcyjnym miejscem, do którego można wybrać się na krótki, kilkugodzinny wypad.