O rękodziele. Chusty, szale, swetry na drutach. Wyroby szydełkowane. Haft krzyżykowy. Czasami zabawki uszyte/zrobione ręcznie. Od czasu do czasu podróże po Irlandii i nie tylko.
Powolutku zabieram się za chowanie ozdób bożonarodzeniowych.
Choinka już się doszczętnie posypała. W tym roku kupiłam tradycyjny świerk. Nie do końca był tradycyjny bo zdecydowanie wyrósł na plantacji, gdzie formowano go i to chyba co roku. Efekt był taki, ze drzewko było jak z obrazka z angielskiej porcelany. Gęste i idealne. Tak gęste, ze nie było widać pnia. Dzięki takiej ilości gałęzi pachniało w całym domu. Niestety, świerk to nie jodła i zgubił większość igieł. I tak wytrzymał długo bo został rozebrany dopiero 8 stycznia. Okazało się, że wyglądał dobrze tylko dzięki temu, że go nie dotykałam… Mój chodzący ideał kota, Ptysza, rownież.
Choinka już dawno pocięta ale w domu jeszcze pełno ozdób. Tradycyjnie znikają do 2. lutego.
Jestem maniaczką ozdób świątecznych i mam ich sporo. Co roku też ich przybywa i postanowiłam powolutku zacząć je chować.
Koronawirusowe czasy okazały się być dla mnie bardzo pracowite.
W przerwach pomiędzy szyciem kolejnych maseczek (a trochę ich powstało :)) udało mi się wyszyć dwa obrazki. Nie dość, że owady to jeszcze haftowane.
To dość nietypowe dla mnie bo...niezbyt lubię haftowane obrazki.
Te żuki mnie jednak oczarowały a poza tym mam dla nich idealne miejsce na ścianie w domu.
Muszą co prawda jeszcze zaczekać na powrót do domu.
Na razie zawisną na ścianie tu gdzie mieszkamy.
Juź jesienny wrzesień,
zimno,
pada.
W kubku herbata z pomarańczą i goździkami.
Szal (jego wykończenie) nastręcza mi trudności. Uznałam więc, źe muszę zrobić sobie dzień przerwy i zastanowić się co z tym fantem począć.
Co więc mogłam zrobić w taki jesienny dzień?
Wrzesień to pora na robienie ozdób świątecznych.
Nie znoszę choinek, bombek i stroików pojawiających się w sklepach już pod koniec sierpnia. Zawsze mi trochę smutno bo pamiętam z jakim utęsknieniem czekałam i jaką radość sprawiała mi pierwsza choinka widziana przed świętami...
Zawsze było to szóstego grudnia. Maleńka, sztuczna choinka, na której było kilka ozdób i kilkanaście kolorowych lampek. Taka po peerelowsku szpetna ale wtedy magiczna. Była w kiosku "Ruch" nieopodal naszego kościoła i właśnie wcześnie rano, szóstego grudnia, idąc z lampionami na roraty, mogliśmy przylepiać nosy do szyby i podziwiać to cudo...
Wtedy święta były o wiele bardziej magiczne, niestety.
Lubię kiedy ŚWIĘTA są w swoim czasie.
Tak odpowiednio w kalendarzu.
Najpierw jest jesień, potem zapach świec i stroików na początku listopada a nareszcie, w grudniu, ciemność rozświetlona setkami choinkowych światełek. Choinka, ta domowa, powinna pojawić się dopiero w Wigilię (no, niech będzie dzień lub dwa dni wcześniej, ze względów logistycznych).
Tutaj panują odmienne zwyczaje. Choinki w domach są już od początku grudnia i tuż po Bożym Narodzeniu trafiają na śmietnik.
Uwielbiam ozdoby choinkowe wykonane ręcznie. SZYDEŁKOWE GWIAZDKI, FILCOWE KONIKI I SERDUSZKA, wyszywane drobiazgi takie jak DZIADEK DO ORZECHÓW...
Wykonanie ich wymaga jednak sporo czasu i jeżeli nie zabiorę się za to odpowiednio wcześnie, powstają zazwyczaj tuż po Świętach :)
Wzór na tego świątecznego kota znalazłam na stronie www.brookesbooks.com
Jest darmowy.
Prawda, że uroczy?
Dostanie go moja Marcia, główna miłośniczka kotów w naszej rodzinie.
Powstanie zapewne jeszcze jedna zawieszka i parę innych świątecznych rzeczy :)
Dopadło mnie przeziębienie.
Jak zwykle zresztą po locie samolotem i zmianie klimatu na tę "dżdżystość permanentną".
Tak się jakoś dzieje, że każdy lot samolotem i powrót do Irlandii, odchorowuję.
A niestety (albo i nie) latam na trasie Polska-Irlandia dość często.
W każdym razie zaopatrzona w dużą ilość witaminy C, miód i sok z malin dostarczony mi rano przez Dziecko, postanowiłam dokończyć Malabrigowy szal. Dzisiaj.
Zabrałam się do tego metodycznie.
Zrobiłam termos herbaty z sokiem malinowym.
Wyciągnęłam robótkę.
Przez dwie godziny przeszukiwałam bazę Legimi aby znaleźć coś interesującego do czytania.
Po trzecim „bestsellerze”, który został chyba przetłumaczony przez translator, zrezygnowalam.
Wrzuciłam coś do grania.
Wyciągnęłam robótkę...
Odłożyłam ją na moment.
Znudzony Brysiek wskoczył na fotel, na który odłożylam dziergadło...
Ułamał drut. Moje ulubione, drewniane Knit Pro nie grzeszą trwałością, szczególnie w zetknięciu z cielskiem Bryśka. Pomyślałam, że jest dobrze. W końcu mógł sobie coś zrobić.
Drutowego zamiennika nie udalo mi się zlokalizować...wyciągnęłam więc niedokończone dzielo krzyżykowe.
Patrzę teraz na nie. Psy łypią zza stolika.
A mnie się chyba nic nie chce.
Leń do sześcianu mnie ogarnął.
Też tak czasami macie?
Taki leń, że nawet gmeranie w internecie jakoś nie idzie? :)
Instagram, Pinterest, Fb, Ravelry...
Swoją drogą nie za dużo tych miejsc do przeglądania?
Chyba wrócę dzisiaj do źródeł.
Wrzucę płytę, zaparzę kolejny dzbanek herbaty i poszukam książki do czytania.
W końcu ściana, na której ma zawisnąć mój haftowany, celtycki krzyż, na razie sobie odpłynęła w siną dal...
Nie muszę sie spieszyć.
Czytacie teraz coś interesującego?
Jeżeli tak, poproszę o inspiracje...
Na zdjęciu dowód na to, że mam już ponad połowę tych mikroskopijnych krzyżyków...
końcówka roku przypomina mi troszkę pobyt w parku rozrywki.
W biegu i jak na kolejce górskiej.
Zero czasu. Zaczynam obawiać się czy zdążę wydziergać chustę „prezentową”.
Na razie wykonczyłam kilka maleństw na tegoroczną choinkę.
Kilka jest jeszcze na różnych etapach zszywania.
Póki co wrzucę jedno zdjęcie.
Będzie mi przypominało, że ten najpiękniejszy czas w roku tuż, tuż...
UFOk to UFOk, musi swoje odleżeć.
Tak więc mój piękny sweterek z Malabrigo wrócił na swoje miejsce (Szuflandia domowa) a ja przypomniałam sobie o sporym pudełku, które zostawiłam w ubiegłym roku na przyszły sezon świąteczny.
Otworzyłam je i ujrzałam stadko koników morskich w stadium bardzo początkowym (kontury na filcu).
Koniki te były przebojem poprzednich świąt i mają trafić do krewnych i znajomych a zajmują ciut czasu, pora więc najwyższa. Pogoda mi sprzyja (klasyka irlandzka, wieje i leje). Poza tym Dziecko poinformowało mnie, że ma tak zadziwiającą ciszę w pracy, że spokojnie może zabierać coś tak poręcznego i szyć. Jest nadzieja, że stadko się w tym sezonie rozrośnie.
Gotowe koniki wyglądają mniej więcej tak jak na tym zdjęciu oraz na tym :)
Półprodukty prezentują się mniej imponująco...
Na zdjęcie zaplątał się też lisek, to ulubiony zwierzak mojej Marci i w tym roku powinno ich powstać kilka...
Taaak,
czy Wam też się wydaje, że październik to już najwyższa pora na własnoręcznie robione ozdoby choinkowe?
Właściwie lepszym miesiącem byłby grudzień ale ...zazwyczaj ozdoby rozpoczęte w grudniu, kończę w okolicach stycznia...
Ozdoby choinkowe, tym razem sówki wyszywane krzyżykami...
Poczułam, że Boże Narodzenie już naprawdę blisko.
Dokończyłam wyszywanie sowiej gromadki.
Zostały wykonane na kanwie z tworzywa sztucznego i podklejone filcem.
Każda dostała jeszcze malutki dzwoneczek.
Przy okazji przypomniał mi się konik na biegunach wyszyty dwa lata temu. On też znajdzie się niedługo na naszej choince :)
W planach na najbliższe dni szycie ozdób choinkowych i dłubanie mojego zwyklaka.
Wczoraj zdecydowałam, że to co mam do tej pory pracowicie zrobione, trzeba jednak spruć. Do początku, do ściągacza, do ostatniego (czy może raczej pierwszego?) oczka...
Mój zryw przedświąteczny został spowodowany spacerem po mieście.
Nie wiem jak u Was. Tutaj mamy już handlowe Boże Narodzenie.
W ostatnim tygodniu października pojawiły się świąteczne witryny. Wczoraj widziałam panów ozdabiających światełkami drzewa rosnące na głównej ulicy miasta.
Świat powariował. Jestem absolutnie przeciwna!
Ozdoby świąteczne to co innego, w grudniu zwyczajnie brakuje na nie czasu.
W tym roku zamierzam zrobić stadko sów oraz kilka śnieżynek.
W tym roku nie powstanie ich więcej, są zdecydowanie zbyt pracochłonne :)
W tak zwanym "międzyczasie" podczas dziergania dość nużącej chusty dla Małżona powstanie być może jeszcze parę ozdób choinkowych, czegoś małego bo przecież Święta tuż, tuż.
Nie wykluczam, że te choinkowe drobiazgi znowu przybiorą kształt sówek i nasza tegoroczna choinka będzie sowio-gwiazdeczkowa.
PS. Frywolitkowe gwiazdki na zdjęciu nie są, niestety moim dziełem. Pojawiły się w związku z postanowieniem "NAUCZYĆ SIĘ FRYWOLITKI".
Małżonowa chusta powstająca ściegiem tkanym i półtkanym to praca dość/bardzo mozolna.
Porzuciłam ją więc (na moment) na rzecz innych zajęć przedświątecznych.
Przypomniałam sobie dzisiaj o kartkach świątecznych, które miałam zrobić jakoś tak w październiku.
Co roku to samo...
Czasu już naprawdę mało więc mój pierwotny pomysł (haft krzyżykowy) musiał zostać zmodyfikowany a raczej okrojony do minimum.
Powstanie tylko jedna taka karteczka, dla wyjątkowej osoby :)
Pozostałe zostaną zrobione metodą błyskawiczną czyli szydełkowa gwiazdka zamiast paru godzin dziubania maleńkich krzyżyków...
Poza tym, czy macie już upieczone pierniczki?
Bo ja i owszem:)
Dzisiaj miała być moja KAMIZELKA.
Niestety, musicie mi uwierzyć na słowo, że ciągle ją robię.
A właściwie to ciągle ją pruję...
To nieprawdopodobne ile razy można pruć jeden dekolt.
Wczorajsze dzierganie zostało dzisiaj sprute a ja pewnie znowu odłożę kamizelkę na parę dni...
Będzie więc krzyżykowo.
Podczas porządków przedświątecznych wpadły mi w ręce obrazki kuchenne ściągniete ze ściany podczas ubiegłorocznego remontu.
Małżon mój, w szale cekolowania, pozaklejał wszystkie dziury w ścianach i teraz świecą pustkami.
Obrazy, obrazki, grafiki - wszystko leży i czeka...
Czeka głównie na porządne oprawienie (co wiąże się z porządnymi kosztami).
Poza tym, być może czeka nas niebawem wymiana lokum i wiercenie dziur w ścianach zawsze stoi pod wielkim znakiem zapytania
Do rzeczy jednak.
Dzisiaj będzie wpis pt. "Nie samymi drutami i szydełkiem człowiek żyje".
Ostatnie lata, w zasadzie, upłyneły mi bardziej pod znakiem haftu krzyżykowego niż dziergania.
Co jakiś czas, przy okazji coś więc sfotografuję i wrzucę na bloga, który powstał przecież w celu katalogowania moich, nazwijmy to zbiorczo, "wytworów rękodzielniczych".
Obrazki kuchenne to Easy as Pie, Lil Cupcake oraz Mix it Up Debbie Mumm.
Rozbrajają mnie te jej krzyżykowe cudeńka (można je obejrzeć TU).
Chodzi za mną od kilku dni to przysłowie gdyż nudzi mnie ogromnie ilość identycznych, czarnych oczek mojej kamizeli.
Zaczęło się dobrze a jest monotonnie.
Cóż. Nikt mi nie kazał robić długiej kamizelki z wełny skarpetkowej na drutach numer 3, prawda?
To teraz mam.
Nauczka na przyszłość.
Dużo łatwiej wykonuje się takie udziergi dla kogoś o rozmiarze 34.
A jeszcze łatwiej dla dziecka.
To tak na wstępie.
Kamizela rośnie wolno i czerń znudziła mnie ogromnie, powstrzymuję się jednak przed odłożeniem jej "na chwilkę" na bok. Wiemy przecież jak to w praktyce wygląda.Chwilka lubi się wydłużać i w koszyku zalega kilka niedokończonych robótek.
Kamizelka leży wiec na widoku a ja zabrałam się za małe formy bo teraz to już naprawdę ZA MOMENT ŚWIĘTA.
Z przygotowań świątecznych mam jedynie pomysł na dwa prezenty.
Kupiłam cukrowe gwiazdki i srebrne kulki do zdobienia pierniczków.
Wykonałam kilka gwiazdek i przypomniałam sobie o firance-zazdrostce wykonanej w ubiegłym roku. Pora ją wyprać i porządnie zblokować. Grudzień tuż, tuż.
Poszukiwania zazdrostki zakończyły się odnalezieniem dwóch robótek z kategorii "inne".
To dowód na to, ze popełniam również haft krzyżykowy.
Wykonany w roku ubiegłym (i niedokończony) konik na biegunach.
Trzeba go podkleić cienkim filcem i zrobić zawieszkę.
A także wyhaftować przynajmniej drugiego, do pary.
Konik jest malutki i wykonany na kanwie z tworzywa sztucznego. Ozdobi w tym roku domową choinkę.
Na kolejnym zdjęciu - konik na kawałku materiału, który służy od dwóch lat jako obrus.
Uznałam, że pora dorobić mu ozdobny brzeg. Leży wiec na górze koszyka z rzeczami "do zajęcia się nimi". Mam kordonek w kolorze czerwonym, ze złotą nitka. Zrobię dzisiaj próbkę i sprawdzę jak się to będzie prezentowało.
Na koniec- obrazek znaleziony podczas poszukiwań świątecznego materiału.
Obrazek "ku przestrodze". Tak w nawiązaniu do poczatku posta.
Zaczęłam go haftować kiedy moja Marcia była bardzo mała. Miała chyba dwa albo trzy lata.
Teraz ma prawie ..22.
Mam nawet gdzieś wzór. Kto wie? Może doczeka się w tym roku szczęścliwego zakończenia i dorobi ramki?
:)
Na koniec przydługiego (jak zwykle) wpisu- dowód na postęp prac przy kamizeli.
Guziki będą oczywiście w zupełnie innym miejscu. Na razie leżą a ja zastanawiam sie czy mi sie podobają. Mogę górę kamizeli wykończyć kwadracikami w barwach bardziej pasujących do guzików i wtedy moje wątpliwości zbledną.
Plan na ten tydzień - kamizela (priorytet).
Konik na biegunach.
Kilka gwiazdek i może jakiś aniołek.
Zrobić plan na okres przedświąteczny.