Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malabrigo Sock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malabrigo Sock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2025

Z ARCHIWUM XXX (cz.1)

Z kronikarskiego obowiązku postanowiłam wyjąć z szafy kilka udziergów, których jeszcze tu nie zamieszczałam (chyba :))
Wszystkie zostały zrobione z włoczki Malabrigo Sock połączonej z cieniutką nitką Kid Silk Drops.
To bardzo mile połączenie i lubię je bardzo. Kid Silk mnie nie drapie.

Podzielę się tu jeszcze domową anegdotą. Otóż sporo lat temu po dłuższej nieobecności zawitał w domu mój lekko udomowiony mężczyzna. Przyleciał bez komputera i postanowił skorzystać z domowego.
Odpalił go i na pulpicie zobaczył folder o obiecującej nazwie xxx.
Twierdzi, że to jedno z największych rozczarowań jakie przeżył. Miał już wizję kolorowych obrazków z przewagą barwy różowej. 
Tymczasem folder ten zawierał schematy haftów krzyżykowych…
Stąd archiwum xxx.

Sweter numer 1.









czwartek, 3 października 2019

HURAGAN I MOHER

Jak stworzyć UFOka?
Już kiedyś o tym pisałam i niestety niewiele się od tamtego czasu zmieniło.
Może więc bardzo krótki przepis jak owego UFOka nie stworzyć?

Mamy robótkę na pewnym etapie zaawansowania.
Zazwyczaj pojawiają się na tym etapie dwie podstawowe przeszkody:
1. zmienia się nam koncepcja jak to ma wyglądać,
2. co gorsza koncepcja jak to ma wyglądać się nie zmienia a robótka od tej koncepcji znacząco się oddala...

Krotko mówiąc- nie idzie tak jak powinno.
Czego wtedy absolutnie NIE ROBIMY?

Absolutnie nie zaglądamy na blogi, instagram etc.
Dwa- nie zagladamy do szaf, szafeczek, szuflad, kartonów, rezerwuarów, w których mamy pochowane zapasy włóczek zakupionych bo była promocja (albo na chustę, która nigdy nie powstała i nie pamiętamy cóż to w ogóle byl za wzór)

Dlaczego o tym piszę?
Otóż jestem w trakcie robienia swetra.
Kolorystycznie bardzo mi się to podoba ale...
Miał być oversize a nie jest. Wiem, ze blokowanie to zmieni ale na razie jakoś mnie zniechęcił.
Muszę też przemyśleć kwestię rękawów (założenie jest takie, że kiedyś bedzie bardziej oversize niż teraz).











Zamiast nabrać oczka na rękawy, nie wygłupiać się i go dokończyć, sięgnęłam do pudła z włóczkami.
Wzrok mój padł na resztki Malabrigo Sock.
Takie w różnych kolorach, niekoniecznie miałam na nie pomysł.
Kolory, jak to w Malabrigo.
Piękne i zazwyczaj nie trzeba szczególnych umiejętności aby razem wyglądały dobrze.
Potem pomyślałam, że gdybym dorzuciła do tej włóczki jeszcze coś co calosc by „spięło”.
Dorzuciłam cieniutką nitkę Kid Silk Dropsa.
Powiem Wam, że to jest fantastyczne!!!
Próbka wygląda obłędnie a ja bardzo potrzebuję czegoś jesiennego.
Oczywiście zdjęcie nie oddaje tego pięknego brązu przełamanego różnorodnymi kolorami Malabrigo.
Siadam do pracy bo przydadzą mi się dwa swetry pasujące do moich ulubionych bursztynów.
Chyba stałam się fanką moherowego dodatku do innych włóczek.
Chusta Kompromis i sweter Petrol to moje ulubione dzianiny!

Tak więc bardzo zaawansowany sweterek udał się do pudełka „zrobię Cię później” a ja zaopatrzona w herbatę, koc i pilota od tv zaczynam nabierać oczka na nowy sweter.
Wszystkie urządzenia domowe posiadajace baterie się ładują (dzisiaj spodzewamy sie huraganu Lorenzo i ma naprawdę WIAĆ, w porywach do 160km/h)
Cóż, sezon na huragany uważam za otwarty.

Trzymajcie kciuki za dokończenie robótek bo mam z tym ostatnio jakieś problemy.

Obiecałam sobie jednak, że codziennie przerobię choć fragment tych rękawów w starszej robótce...













wtorek, 12 lutego 2019

MALABRIGOMANIA...

Dzień dobry,
znowu mnie nie było dwa miesiące.
Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że działo się (niekoniecznie rękodzielniczo) zbyt wiele,niekoniecznie dobrze i zwyczajnie nie czułam się na siłach aby zajrzeć do bloga. Znowu było zdrowotnie i szpitalnie a to wbrew pozorom wcale mi nie pomaga w dzierganiu.
Zajmuje mnie ostatnio i to bardzo intensywnie projekt, który roboczo moźna nazwać „co zrobić aby wrócić do domu w miarę szybko” :) Projekt niezwykle skomplikowany ale nie nierealny. Trochę tylko pracochłonny (o czasochłonności nie wspomnę).

Coś tam jednak w tak zwanym międzyczasie robię.
Przed Bożym Narodzeniem powstała ciepła chusta dla Eamona. Na zdjęcia czekam bo moje Dziecko zaganiane jest ostatnio niebywale i jakoś nie po drodze jej z aparatem fotograficznym.

Co teraz dzieje się na drutach?
Boskie Malabrigo (sock) z moich bogatych zapasów...
Odczułam potrzebę posiadania ogromnego szaliszcza w kolorach odpowiednich do płaszcza bordowo-śliwkowego.
Wyciągnęłam więc włóczkę w nietypowym kolorze Indonesia i powolutku, na drutach 3,25 rośnie szal. Do niego zrobiłam ekspresowe mitenki (jeszcze bez kciuków). Błyskawiczny udzierg bo wykonany podwójną nitką.
Kolor Indonesia oczywiście nie wystarczy na całość (miałam jeden motek), dorzuciłam więc nitkę w kolorach Eggplant, Rayon Vert oraz Arco Iris. Pozytywnie i kolorowo się zrobiło.

Myślę, że cienizna ta zniknie z drutów za jakiś tydzień i pochwalę się wtedy całością.
Póki co zdjęcia „półproduktów” oraz dla tych, którzy za oknami mają bury i zimowy polski krajobraz, parę zdjęć irlandzkiego lutego... :)







wtorek, 6 listopada 2018

WYZWANIE EKSTREMALNE

...czyli co zrobić aby maksymalnie utrudnić sobie dokończenie UFOka?

Po pierwsze wybierz jakąś dość cienką włóczkę (u mnie to Malabrigo Sock, 100g to 400 metrów).
Po drugie (co oczywiste) odpowiednio cienkie druty (2,75-3?)
Po trzecie dobrze by było użyć włóczki ręcznie farbowanej co jak wiadomo wymusza zmianę nitki co drugi rząd z nierównomiernie ufarbowanych motków.
Po czwarte rób bez konkretnego wzoru. Zapewne dwa albo trzy razy uda Ci się popełnić jakiś błąd, który wymusi prucie.
Zacznij takiego UFOka odpowiednio wcześniej. Nie rób notatek! Jeżeli je zrobiłaś- zgub koniecznie!
Rób odpowiednio długie przerwy i rzucaj robótkę w jakieś niewidoczne, trudno osiągalne miejsce.
W międzyczasie zacznij kilka kolejnych prac. Im więcej, im bardziej różnorodnych 
i skomplikowanych tym lepiej.
Będzie super jeżeli druty, na których robisz UFOka będą Ci potrzebne do innej dzianiny.
Odkręć je. Kiedy po kilku tygodniach/miesiącach wrócisz do UFOka być może uda Ci się pomylić 
i dokręcić do żyłki druty o rozmiar większe/mniejsze.
Przerobisz sporo rzędów zanim zorientujesz się, że coś nie gra i trzeba to spruć.
Jeżeli masz kota, psa, królika, żółwia to zostaw kilka razy robótkę w miejscu, którego nie zamykasz na kłódkę. Twój pupil na pewno zainteresuje się kłębkiem, którego cena zaczyna się od sześćdziesięciu złotych polskich wzwyż i pobawi się nim ochoczo. Akryl zostawi nietknięty ale czy Ty lubisz ten pisk akrylu? Nie miej pretensji do zwierzaka, durny przecież nie jest.
Aaa, jeszcze jedno. Rób na cienkich drutach, które można zniszczyć (najlepsze jest drewno). Złamany drut i oczekiwanie na dostawę nowego kompletu również nie pomaga.
Jeżeli zaczniesz robótkę latem, jest nadzieja, że po zimie zacznie Cię atakować natarczywa myśl, że coś się stało z rozmiarem. Twoim rozmiarem. Efekt jest taki, że ta zmiana nie spowoduje, iż sweterek zrobi się oversize... wręcz przeciwnie. Cóż, najbliższe skojarzenie to ludzik z reklamy opon Michelin...
Jeżeli to Cię nie zdemotywuje (przecież schudnę, to żadna sztuka), rób dalej.

Po wielu tygodniach trudów będziesz już w trakcie robienia tak nielubianych rękawów, kończąc sweter, połóż obok UFOka swoje nowe, ulubione, bursztynowe korale i pomyśl: „Dlaczego nie zrobiłam dekoltu w serek...?”
Odłóż UFOka i to przemyśl...








piątek, 3 sierpnia 2018

W TRAKCIE

Dzień dobry,

irlandzki upał odrobinę zelżał i postanowiłam wyjąć z szuflad kilka zaawansowanych "ufoków".
Na pierwszy ogień poszedł sweter robiony przed rokiem. Jak wszystkie udziergi sprzed roku, rozpoczęty został w szpitalu. W praktyce sprawdziłam w tym czasie teorię, że nic tak nie uspokaja jak dziergania. Nawet joga...
Poza tym dziergać przy łóżku niezbyt a czasami całkiem nieprzytomnego Małżona się dało bez większych konsekwencji. Wątpię czy joga w moim wykonaniu, na szpitalnej podłodze, przeszłaby bez echa.

Dzierganie w ubiegłym tygodniu (równiez w samochodzie podczas wyprawy do Dublina) posunęło sprawę mocno do przodu. Teraz tylko rękawy. "Tylko" rękawy... czemu one nie chcą się robić tak szybko jak reszta?

Na zdjęciach efekty dziergania ogródkowego. Kontrola jakości (Felka oczywiście) na miejscu. Czujna jak zawsze.
Włóczka to moje ulubione Sock Malabrigo w kolorze Pocion.
Druty nr 3 (oraz 2,5 do zrobienia ściagaczy)
Kolor włóczki jest najbardziej zbliżony do tego na ostatnim zdjęciu.





sobota, 30 września 2017

CO SIĘ DZIEJE CZ.2

...czyli post dość medyczny.

Dawno mnie nie było.
Bardzo dawno nawet bo mamy niezwykle kiepską drugą połowę roku.

Małżon nadal w szpitalu. Jutro minie dziesiąty tydzień...
Z tych dziesięciu tygodni, cztery dni spędził na "zwykłej" sali, tydzień na intensywnej terapii, pozostałe tygodnie na sali intensywnego nadzoru medycznego...

Teraz do rzeczy.
Dlaczego właściwie o tym piszę?

Otóż moje drogie dlatego, że Moja Druga Połowa zachorowała na bardzo wredną rzecz.
Zapalenie trzustki.
Wywołane... kamicą żółciową.

Teraz łapka w górę. Kto ma kamicę pęcherzyka żółciowego? Co jakiś czas po bigosiku, surowej wędzonej polędwicy, tłustym obiedzie sięga do apteczki po sylimarol/raphacholin/ziółka/leki rozkurczające?

Ja przeżyłam tak ponad dwadzieścia lat...
O kamicy dowiedziałam się tuż po urodzeniu dziecka i świadomość ta towarzyszyła mi wraz z mniejszymi lub większymi dolegliwościami przez lata całe aż do ataku, po którym dostałam mechanicznej żółtaczki. Okazało się, że kamień utkwił mi w drogach żółciowych i trzeba było zabiegu endoskopowego aby udrożnić drogi żółciowe i pozbyć się intruza.
Od razu po wyjściu ze szpitala umówiłam się na zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego.

Przez te wszystkie lata ani razu nie usłyszałam od lekarza, że nie ma co zwlekać z zabiegiem bo konsekwencje mogą być dramatyczne.
Można "załapać się" chociażby na takie zapalenie trzustki albo na nowotwór (na który zmarła moja Mama, bez żadnych dolegliwości ze strony układu pokarmowego... po prostu któregoś dnia zrobiła się żółta i od diagnozy w szpitalu, do śmierci minęły niecałe 3 tygodnie...)

Ostre zapalenie trzustki to bardziej niż niebezpieczna choroba.
Leczenie jest długie, pacjent w tym czasie często przebywa w śpiączce farmakologicznej, otumaniony morfiną, spuchnięty, obrzmiały, z gorączką, wymiotami, może pojawiać się niewydolność płuc, nerek, serca, zakrzepy...
Do wyboru, do koloru.
A wszystko to przez kamień, który sobie gdzieś ugrzązł.
Jutro mija dziesiąty tydzień "naszego" chorowania.
O dacie wypisu ze szpitala rozmawiamy tylko w formie czarnego humoru.
Na razie nie ma o tym mowy.
Mój rekord to 40 godzin weekendu spędzonych przy łóżku.
Jedyne optymistyczne wiadomości są takie, ze krytyczny okres mamy za sobą ale...

Mam tu też dodatkowy stres zupełnie innego rodzaju.
Irlandzki szpital...
To jest temat na odrębny wpis i może kiedyś go zrobię. Na razie udało nam się (po wykorzystaniu wszystkich możliwych metod, włącznie z oficjalnymi skargami na szpital) doprowadzić do przeniesienia Małżona do sąsiedniego szpitala. Maja tam specjalistę od trzustki i zdecydowanie bardziej kompetentnych lekarzy. Pojawiła się nadzieja, że teraz leczenie ruszy z miejsca.

Tak więc, jeżeli któraś Was odkłada na później decyzję o wizycie u lekarza to bardzo was proszę - umówcie się na zabieg. TERAZ.

No dobrze, teraz jednak coś dziewiarskiego.
Dziergam zadziwiająco mało.
Wbrew pozorom, nie mam wcale dużo czasu przy tym szpitalnym łóżku.
Skończyłam wakacyjną bluzkę z bawełny.
Na razie zdjęć brak bo pogoda nie nastraja.
Teraz na drutach moje ukochane Sock Malabrigo.
Kolor Pocion.
Jesiennie jest na drutach. Kolory mchu, kory, ziemi i jesieni.
Troszkę to potrwa bo druty 3,25 i morze nitki do przerobienia przede mną.
Wbrew pozorom nie będzie to bowiem czapka...


Pozdrawiam jesiennie :)

środa, 22 marca 2017

Farerski Mróz i zdjęcia chusty w całej "rozciągłości"

Dzień dobry,
nie ma mnie zbyt często...
Nie oznacza to bezczynności, wręcz przeciwnie.
Niestety, większość tego co zrobię...pruję.
Trudno mi sprecyzować ostateczny kształt nowego udziergu i jestem ciągle niezadowolona.
Pogoda też nie nastraja do robienia zdjęć.
Póki co, wrzucam zdjęcia ukazujące w całej wielkości moją ostatnią chustę.
Widać chyba gdzie się podziały aż 3 motki Sock Malbrigo?
Jest dobrze! Taka miała być. Wielka i dająca możliwość opatulenia się.





Dzisiaj środa, dodam tylko, że czytam "Ekspozycję" Remigiusza Mroza.
Zaczęłam dopiero i trudno mi coś więcej dodać. Zabrałam się za nią bo... czekam na tom trzeci cyklu, którego akcja rozgrywa się na Wyspach Owczych.
Przeczytałam "Enklawę" i "Połów", teraz czekam na "Prom".
Akcja tych powieści kryminalnych rozgrywa się w małej farerskiej społeczności, do której przybywa duńska policjantka aby rozwikłać sprawę morderstwa... 
Autor, Ove Løgmansbø, to nikt inny jak nasz rodzimy autor, Remigiusz Mróz.
Niezwykle intensywnie piszący jak widzę. Sięgnęłam więc po kryminał, którego akcja rozgrywa się w Polsce. Remigiusz Mróz pisze sprawnie, nie można się nudzić. Jak widzę też, lubi niespodziewane i przewrotne zakończenia...

piątek, 3 marca 2017

MARCOWA CHUSTA

Skończyłam ją... Jest już asymetryczna chusta robiona na drutach.

Wygląda niepozornie ale to sporo oczek bo aż trzy motki wełny Sock Malabrigo (prawie 1200m).
Teraz blokowanie, ciekawa jestem jaki będzie efekt końcowy. Czy czasami nie skończy się wielkim pruciem :)

Póki co chusta w wersji roboczej czyli przed praniem i blokowaniem.

Przy okazji się wytłumaczę. Nie ogarnęło mnie lenistwo, wręcz przeciwnie.
Miałam w domu małe zamieszanie w postaci drobnego remontu, który przekształcił się w remont całkiem spory (układanie nowych podłóg...).
Poza tym dzieje się sporo, tak mało dziewiarsko i zajmuje mi ta działalność coraz więcej czasu.
O tym jednak innym razem.
Teraz pierwsze zdjęcia mojej nowej chusty.
Nie wygląda szczególnie dobrze ale wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać :)
Już jest, UFF!




PS
Czy Ktoś przechodził z bloggera na wordpress i podzieli się wrażeniami?

czwartek, 9 lutego 2017

WDiC Tresowane pchły i nowa chusta

Środa, dawno nie przyznawałam się do lektur... a na drutach rośnie asymetryczna chusta

Znużyło mnie ciut wykonywanie lalek. Muszę przemyśleć trochę kwestii technicznych dotyczących włosów drugiej lali.
Odłożyłam więc jedną i drugą do walizki i zabrałam się za rękodzieło "dorosłe".

Robi się chusta. Włóczka to moje ulubione Malabrigo Sock.
Kształt będzie ciut inny niż zazwyczaj, trójkąt ale nieregularny.
Napotkałam oczywiście problem techniczny. Włóczka jest cienka i zwija mi się brzeg, pomimo rzędów zrobionych ściegiem francuskim. Blokowanie oczywiście rozprostuje moją chustę ale jesteśmy w Irlandii. Mokro tu i blokowanie niezbyt długo utrzymuje chustę w pożądanym kształcie. Muszę to przemyśleć, może po prostu pora na szal lub chustę robioną przy pomocy szydełka.

Przy okazji spokojnego dziergania z dość cienkiej nitki, słucha się audiobook na zmianę z Anną Marią Jopek i Renatą Przemyk.
Anna Maria Jopek i płyta "Minione", z bardzo przyjemnie brzmiącymi starymi tangami.
Renata Przemyk natomiast z mało znanymi kawałkami Leonarda Cohena.

Audiobook to nowa książka Leonie Swann "Krocząc w ciemności".
Leoni Swann pojawiała się już kiedyś na moim blogu za sprawą książki "Sprawiedliwość owiec" i "Tryumf owiec".
"Krocząc w ciemności" to książka zupełnie inna, zwierzęta nie są w niej głównymi bohaterami. Chociaż pojawiają się, nie powiem. Mamy psa i ...tresowane pchły. I magię. Tak się jakoś składa, że ja bardzo lubię magiczne powieści. Ta zapowiada się naprawdę intrygująco. Jeżeli jest tu Ktoś, kto lubi magiczne klimaty, Alicję w Krainie Czarów, to chyba spodoba mu się ta pozycja :)



niedziela, 31 lipca 2016

WINTER THAW

Dzień dobry,

chusta zrobiona podczas pobytu w Polsce, doczekała się paru zdjęć.

Wzór (darmowy!): WINTER THAW autorstwa Beaty Jezek
Druty: 3,5
Włóczka: Sock Malabrigo (Playa)

Wzór jest darmowy, zdecydowanie dla "schematowców". Nie ma tam prawie żadnych opisów :) Wygląda może dość skomplikowanie ale taka nie jest. Średnio zaawansowana dziewiarka da radę! Robi się ta "zimowa odwilż" szybko i przyjemnie a jest bardzo efektowna.

Najpierw "aktualizacja plenerowa".
Porządnej sesji nie było, to robocze zdjęcia, które zamieszczam aby było widać, że chusta jest naprawdę spora.









Jak widzicie sesja była dość oszczędna...
Wiadomo, irlandzka pogoda nie rozpieszcza nadmiarem słońca.
Trzeba sobie jakoś radzić, dzięki czemu ta mało pogodna część świata bywa kolorowa i optymistyczna wbrew naturze.
Dla udokumentowania i na osłodę po mało barwnej chuście, wrzucam parę zdjęć Kinsale.









POZDRAWIAM



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

CO ZWIEDZIĆ W IRLANDII - INCHIGEELAGH I GOUGANE BARRA


Dobry wieczór,

dzisiaj wpis tylko odrobinę dziewiarski, w dodatku dla cierpliwych (to za sprawą wielu zdjęć oraz mojej gadatliwości).

Dziecko robi prawo jazdy.
Przezimowałyśmy i póki co mieszkamy w Irlandii, nie będzie więc to wpis mrożący krew w żyłach o kolejnych, nieudanych próbach zdobycia uprawnienia do prowadzenia pojazdu mechanicznego.
Dziecko moje próbowało zrobić prawo jazdy w Polsce, stawiając się na kolejne egzaminy w lokalnym PORDzie.
Po cyklu niepowodzeń (zbyt mało dynamiczna jazda, zbytnio dynamiczna jazda, wymuszenie pierwszeństwa na drodze, na której drugi samochód znajdował się o 150 metrów od skrzyżowania etc.) oświadczyła nam, że dość tego. Nie zamierza utrzymywać lokalnego Ośrodka Ruchu Drogowego...
Faktem jest, że zostawiłyśmy w tym PORDzie kwotę, która wystarczyłaby na zakup małego, używanego samochodu.

Do rzeczy jednak.
Po przylocie do Irlandii pofatygowała się do lokalnego urzędu, w celu zdobycia uprawnionego "papieru".
Zaopatrzyła się w książeczkę z zasadami, umówiła termin egzaminu, zapłaciła i wróciła do domu.
Po tygodniu oczekiwania udała się na egzamin, który zdała (prosty był podobno jak drut i bardziej na logikę niż wyuczone bezmyślnie zasady).
Odebrała tymczasowe prawo jazdy (provisional licence) i zaczęły się lekkie schody...

Ubezpieczyciel odmówił dopisania jej do ubezpieczenia ojca.
Musicie wiedzieć, że w Irlandii obowiązkowe ubezpieczenie komunikacyjne "doszyte" jest do kierowcy.
Nie można ot tak po prostu wziąć kluczyków, prawa jazdy i samochodu Papy.
Ubezpieczyciel nie zgodził się na dopisanie jej bo samochód za duży (pojemność 2.0) a ona za młoda i bez pełnych uprawnień (full licence).
Ostatecznie sprzedaliśmy samochód (i tak mieliśmy taki zamiar :)) zakupilismy małą Mazdę, załatwilismy formalności polisowe i Dziecko mogło ruszyć w Irlandię.
Można tu jeździć od razu po zdaniu teorii (z osobą towarzyszącą posiadającą uprawnienia).

Po tygodniu i kilku trasach miejskich przyszła pora na wyruszenie w świat.
Trzeba się edukować i Dziecko wozi nas wszędzie.
Czy tego chcemy czy nie :)
Wczoraj zapakowaliśmy się do samochodu z zamiarem zrobienia dłuższej trasy, poza miasto.

Wyruszyliśmy z Cork rano.
Około 10 byliśmy w Macroom skąd po szybkiej kawie, pojechaliśmy dalej.
Tuż za Macroom znajduje się dość nietypowy zbiornik wodny.
Jest to spore rozlewisko utworzone przez rzekę Lee.
Wody było sporo, kiedy jej stan opada, robi się bardziej widowiskowo gdyż nad powierzchnia znajdują się pnie zatopionych drzew...

Po chwilowym przystanku udaliśmy się w dalszą drogę.
Kolejny mini postój zrobiliśmy przy ruinach maleńkiego kościoła w Inchigeelagh.



Uwielbiam te irlandzkie ruiny z szarego kamienia.

Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć urokliwej okolicy i ruszyliśmy dalej.

Celem naszej wyprawy była Gougane Barra.

Jest to głębokie jezioro, w którym rozpoczyna bieg rzeka Lee (to ta sama, która zalewa cyklicznie Cork). Na wysepce przy brzegu znajduje się maleńka kaplica (St Finbar's Oratory), połączona z lądem kamienną groblą. Podobno to w tym miejscu modlił się i mieszkał święty Finbarr.
Miejsce jest urocze i stanowi ulubione miejsce zaślubin irlandzkich par z bliższej i dalszej okolicy.
Do niedawna termin trzeba było zarezerwować nawet dwa lata wcześniej!


Dodatkową atrakcją jest las. 
LAS!
Nie zamieszczam zbyt wielu relacji z krótszych i dłuższych wypasów po Irlandii ale las jest tu towarem deficytowym.

Była to moja pierwsza wizyta w tym uroczym miejscu i cieszę się, że udało się nam tam dotrzeć.
Okazało się, że las został przed kilkoma laty zaatakowany przez grzyba.
Wycięto już spore fragmenty starego drzewostanu, którego nie udało się uratować.
Dodatkowo przeszła przez okolice jakaś wyjątkowo silna wichura i poza ściętymi drzewami, napotykaliśmy pnie drzew wyrwanych z korzeniami...




Część dawnego lasu nadal trwa (choć obawiam się, że przegrywa walkę :()
Pomimo tego jest tu pięknie!
Irlandzkie dywany z mchu oczarowują mnie za każdym razem kiedy je widzę.
Tutaj mogłam "napaść oczy".






Jechaliśmy taką TRASĄ
Wiecie o czym myślę cały czas?
O tym, że w Polsce co tydzień tysiące sfrustrowanych osób próbuje zdobyć dokument uprawniający do prowadzenia samochodu.
Podobno oblewają dla swojego i innych dobra.
Cóż, jest wiele miejsc na świecie, w których jakoś ten problem nie istnieje.
Moje Dziecko po czterech latach "niejeżdżenia" wsiadła tu do samochodu i pojechała.
Porusza się w obcym kraju, obcym mieście. Uwierzcie mi, że Irlandia to nie Ameryka.
Nie przesadzają tu z wylewaniem metrów kwadratowych nawierzchni.
Powiedziałabym raczej, że ich drogi przypominają gabarytami domy.
Cóż, są...lilipucie?
Wąsko, bez pobocza, niebezpiecznie.
Jeździ. Nabiera wprawy. Za miesiąc, dwa umówi się na egzamin i zrobi "pełne" prawo jazdy.
Mam przyjaciółkę mieszkającą w Nowym Yorku.
Nie posiada prawa jazdy.
Powiedziała mi, że nikt w pracy by jej chyba nie uwierzył.
To tak jakby przyznać się do analfabetyzmu.
Prawo jazdy ma tam każdy.
Więc dlaczego?
Dlaczego u nas tyle spraw musi wyglądać tak a nie inaczej?


Rozpisałam się.
Pora na akcent dziewiarski.
Dłubałam w samochodzie Leona Bis.
Powolutku rośnie.

Dzisiaj późnym popołudniem ruszyliśmy nad morze.
Kierunek Garryvoe.
Przy okazji chrzest bojowy przeszła moja chusta WICHROWE WZGÓRZA
Nad wodą jest dość chłodno ale zawsze przecież można owinąć się chustą, prawda?
Dopiero nad oceanem możemy w pełni docenić możliwość opatulenia się czymś ciepłym...