Współtwórcy

środa, 20 marca 2019

Dzień Św. Patryka

Dzień dobry,

dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. Dla bardzo cierpliwych czytelników.

Nowy OWIJACZ czeka na wykonanie dwóch chwostów i sesję zdjęciową.
Coś tam oczywiście dłubię robótkowo ale bez większego przekonania ponieważ moją uwagę od końca ubiegłego roku zajmuje zupełnie inny, bardzo skomplikowany projekt. 

Tymczasem od Tłustego Czwartku minęło już sporo czasu i pora na nowy wpis.
Minął miesiąc, po raz kolejny zawitałam do Gdańska i czasu na wszystko jakoś zrobiło się mało.

Pomyślałam sobie, że pora na post o Irlandii.
Czy jest lepszy czas na opublikowanie go niż marzec i Dzień Św. Patryka?

Pomieszkuję w tym kraju już cztery lata i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że za Irlandią nie
przepadam...
Nie jest to prawda. To po prostu nie jest moje miejsce na ziemi ale absolutnie nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej Szmaragdowej Wyspy.
Irlandia jest zielona, piękna, mglista, deszczowa i magiczna :)
Ma bardzo dużo dobrych stron i ...równie wiele mniej dobrych.
Jak każde inne miejsce na ziemi.
Nie ma miejsc idealnych.
Ba, wiem, że będę za nią, za jej dobrymi stronami, tęsknić po powrocie do Polski.
Chyba dla większości emigrantów (tych z pierwszego pokolenia) życie „w rozkroku”, pomiędzy światami, już zawsze wiąże się z tęsknotą za stworzeniem miejsca „pomiędzy”.

Co więc uważam za plusy tego miejsca? Cóż, największa zaleta tego kraju jest związana z wielką wadą naszego. Są to niestety ludzie :(
Gdybyśmy my, Polacy, nie byli tak agresywnym narodem, ten irlandzki luz i uprzejmość nie rzucałaby się aż tak bardzo w oczy... o ileż przyjemniej żyje się w miejscu, w którym większość jest wyluzowana i uśmiechnięta. W sklepach nikt nie warczy. Ludzie (obcy) uśmiechają się do Ciebie na ulicy i mówią "cześć". Normalną reakcją na spacerze jest co drugi człowiek podchodzący do naszych psów żeby sobie porozmawiać i pozachwycać się sierściuchami... W Polsce kiedy zaczepiam kogoś z psem na ulicy, mówiąc "dzień dobry, jaki super psiak" czuję się jak potencjalna złodziejka. Jakbym podchodziła aby wyrwać komuś torebkę. Wrogie łypnięcie i milczenie jest najczęstszą reakcją.
Nikt nie tłucze jak opętany w klakson kiedy na drodze zdarza się ciamajdowaty kierowca. Sporo tego.

Druga kwestia. Jeszcze gorzej świadcząca o nas.
Uczciwość.
Moje ostatnie loty wiążą się z przebojami po drodze.
Wracając w lutym do Irlandii zaliczyłam "podróżny tor przeszkód".
Zaczęło się na lotnisku w Gdańsku.
Nie byłam w stanie zalogować się do aplikacji i pokazać karty pokładowej bo... padł mi polski telefon. Irlandzki nie działał bo nie miałam doładowanej karty. Wylogowało mnie z aplikacji i na tablecie, po połączeniu z siecią na lotnisku ujrzałam komunikat "musisz się zalogować". Oczywiście nie pamiętałam hasła do konta Google a żeby je odzyskać...potrzebowałam sprawnego telefonu.
Policzyłam do dziesięciu.
Potem drugi raz.
Pomyślałam sobie, że po odprawieniu się ujrzałam na karcie pokładowej informację, że miejsce zostanie mi przydzielone na lotnisku...
Przez myśl przemknęło mi również, że może nie powinnam wsiadać na pokład samolotu? Nie lubię kiedy wszystko idzie tak pod górkę.
Przypomniałam sobie też w porę, że pokazywałam mojej Marci tę dziwaczną kartę pokładową bez przydzielonego miejsca i mam ją zapisaną w zdjęciach.
Uff, dzięki zdjęciu udało mi się przebrnąć przez kontrolę bezpieczeństwa (trzy pary drewnianych Knit Pro w portfelu oraz długa żyłka przeszły gładko). 
Usłyszałam, że wywołują moje imię i nazwisko. No! Przydzielą mi miejsce. Okazało się, że siedzę z samego przodu. Rząd drugi. Nareszcie coś miłego :) Leciałam tylko z bagażem podręcznym. Odebrać miał mnie Małżon, który miał tylko 40 minut na odstawienie mnie z lotniska do domu i spotkanie z ważnym Klientem.
Rozsiadłam się zadowolona, wyciągnęłam telefon, wodę, włączyłam odcinek serialu ściągnięty z Netflixa i wyluzowałam się.
Niepotrzebnie.
Okazało się, że moja walizka (standardowy mały bagaż) uniemożliwia zamknięcie schowka. Te w pierwszym i drugim rzędzie są płytsze.
Zabrano mi więc bagaż i wrzucono do schowka w rzędzie...30.
Żegnajcie marzenia o szybkim opuszczeniu samolotu. Trzeba będzie zaczekać aż wszyscy wysiądą.
Bagaż zniknął, ja zrezygnowana postanowiłam się zdrzemnąć.
Lot przebiegał w miarę. Turbulencje sporadycznie i bez większych emocji. Wszystko przebiegało szablonowo aż do czasu komunikatu z kabiny pilotów.
Na dole wieje. Bardzo. Na razie lecimy do Cork ale nie ma większych szans na lądowanie. Lotnisko jest tak usytuowane, że wieje z boku i jest to niebezpieczne. Nie ma co marudzić. Nie chcemy skończyć jako bohaterowie wiadomości :(
Zrobiliśmy sześć kółek. Pogoda się nie poprawiła. Polecieliśmy do Shannon.
Kapitan uprzedził, że mamy jedno, maksymalnie dwa podejścia (o ile dostaniemy pozwolenie bo też wieje, tyle dobrego, że nie z boku) do lądowania. Dublin zamknięty. Jeżeli nie wylądujemy, lecimy na kolejne najbliżej położone lotnisko, czyli...Londyn.

Na szczęście udało się wylądować w Shannon. Wprawiło mnie to w znakomity nastrój, który nie opuszczał mnie pomimo kilkunastominutowego czekania aż uda mi się odzyskać bagaż.
Czekać musiałam aż wszyscy wysiądą. Z całego samolotu, ze względów bezpieczeństwa wypuszczano tylko przednimi drzwiami. Minęło naprawdę sporo czasu a jeszcze na pokładzie samolotu poinformowano nas, że podstawią autobusy aby dostarczyć nas na lotnisko w Cork.
W końcu udało mi się wytaszczyć z bagażem i zejść na płytę lotniska...
UFF. Koniec kłopotów.
Teraz tylko skontaktuję się z Małżonem, wsiadam do autobusu i jadę do domu.

Skontaktowanie się nie było takie proste (patrz problem z komunikacją na lotnisku w Gdańsku).
Nie mogę się też połączyć z siecią na lotnisku w Shannon. Trzeba się zalogować (a wylogowało mnie w Gdańsku). Trochę czasu mija na rozpaczliwych próbach przypomnienia sobie hasła. Muszę poinformować Małżona bo jak go znam, siedzi w samochodzie i jedzie po mnie.
Chwilowo zapominam, że o 11 miał być podstawiony autobus. Mam jeszcze trochę czasu.
Po paru minutach słyszę, że wzywają mnie do punktu obsługi na lotnisku. Wkurzona myślę, że to akcja mojego Małżona, który nie może się skontaktować, postanowił wyciągnąć ciężką arterię i szuka mnie wszędzie.
Tymczasem dzwoni irlandzka komórka. Uff. To moje bystre Dziecko uznało, że byłam w Polsce przez miesiąc i pewnie przydałoby się doładować mi kartę. Dzięki temu ustalam z nią, że jadę zaraz  autobusem. Ojca ma odwołać z trasy bo jest już 30km za Cork. Ustalam też, że to nie oni poszukują mnie poprzez informację lotniskową. Rzucam szybko okiem na bagaż. Taaaak. Mam walizkę, torebkę, tablet i telefon(y). Portfela ani śladu.

Dopiero tu (o ile ktoś dotrwał do tej części historii) docieramy do sedna sprawy, czyli uczciwości.
W punkcie informacyjnym czeka na mnie mój portfel. Musiał mi wypaść kiedy gorączkowo próbowałam się zalogować. Ktoś go znalazł.
Odnajduję informację. Pani zerka na mnie a ja pokazuję mój leżący na jej biurku portfel, mówiąc, że należy do mnie. Odbieram go i otwieram.
W środku jest komplet dokumentów, karty płatnicze i pieniądze.
Nie jestem zdziwiona. Jestem osobą nad wyraz roztargnioną i nie pierwszy raz zgubiłam portfel. Zawsze odnajdywałam go szybko i z zawartością.
Oczywiście nie jest to reguła. W Polsce też zdarza się odzyskać zgubę.
Różnica polega na tym, że w Polsce się zdarza odzyskać, tutaj zdarza się, nie odzyskać.

Moja podróż zakończyła się tego dnia dobrze. Był jeszcze jeden "drobny" problem ponieważ w czasie poszukiwania informacji i odzyskiwania portfela...odjechał mój autobus.
Pomimo tego wróciłam sprawnie. Po prostu podstawiono dla mnie taksówkę, którą pokonałam 120 km do domu. Co ciekawe, leciałam jedynymi liniami oferującymi bezpośrednie połączenie Gdańsk-Cork. Ryanairem...

O pozostałych pozytywach i mankamentach irlandzkiego życia, innym razem.

Teraz na okrasę tej zdecydowanie przydługiej części pisemnej, kilka zdjęć z tegorocznej Parady Św. Patryka.




















czwartek, 28 lutego 2019

TŁUSTY PĄCZEK

Dzień dobry w ten Dzień Łasucha...


Macie już na koncie zjedzonego pączka?
Ja tak. Niestety...
A to dopiero początek bo popoludniowe czwartki spędzamy  zazwyczaj u przyjaciółki.
Nasza Marcia uczy tam hiszpańskiego i w każdy czwartek wpadamy ją odebrać (co kończy się pogaduchami przy herbatce). Dzisiaj umówiliśmy się, że oprócz herbaty zajmiemy się produkcją oraz spożyciem faworków.
Tak więc ten tego...
Post za pasem, poodchudzam się za parę dni...

Póki co zabawiamy się rodzinnie w tłustoczwartkową grę.
Zamieniamy jeden wyraz tytułu książki/filmu na „pączek”.

Moje ulubione zamienniki to:
Pączek chrzestny,
Milczenie pączków,
To nie jest kraj dla starych pączków,
Ostatni pączek w Paryżu,
Stowarzyszenie umarłych pączków,
Pączek na gorącym blaszanym dachu,
Pączek i Małgorzata,
Czyż nie dobija się pączków?

Tymczasem szal ma już swój ostateczny kształt.

Etap I
Brzeg został wykończony dwoma rzędami półsłupków.
Rząd pierwszy - wbijałam szydełko w każde oczko brzegowego łańcuszka (robię brzegi nie przerabiając pierwszego oczka, dzięki czemu tworzy się ładny łańcuszek) i przerabiałam po dwa półsłupki w każdym.
W kolejnym rzędzie zrobiłam półsłupek w każdym półsłupku rzędu poprzedniego. Wyjątek stanowiły narożniki. Tam w półsłupku na środku narożnika, wykonywałam trzy nowe półsłupki.

Wygląda to tak:



Ta część poszła błyskawicznie. Potem zrobiło się trudniej.

Najpierw powstała taka pikotkowa wersja:



Jak to zrobić? Przerabiamy kolejny rząd (licząc dwa rzędy półsłupków, które posiadamy) w następujący sposób:
Trzy półsłupki, po zrobieniu tego trzeciego, robimy 3 oczka łańcuszka.
Teraz robimy oczko ścisłe w ten ostatni, trzeci półsłupek. Dzięki temu z tych trzech oczek łańcuszka powstaje pętelka (pikotek lub jak kto woli- pikotka).
Znowu robimy trzy półsłupki, 3 oczka łańcuszka, oczko ścisłe w trzeci półsłupek itd.
Idealne rozwiązanie to pikotki w narożnikach (aby wyszły w tym miejscu, kiedy zbliżamy się do narożnika, liczymy oczka i dopasowujemy liczbę półsłupków (np. robimy 4 półsłupki zamiast 3).

Często korzystam z tej metody. W ten sposób zrobiłam brzeg do mojej CHUSTY KOMPROMIS czy KAMELEON

Wersja kolejna, muszelkowa.
Tym razem zrobiłam brzeg korzystając z mojego ulubionego sposobu muszelkowego.
zaczynamy od oczka ścisłego, potem omijamy dwa kolejne oczka na brzegu i w trzecim robimy pięć słupków. Znowu omijamy dwa oczka i w trzecim robimy oczko ścisłe. Powtarzamy fragment: omijamy dwa oczka , robimy w trzecim pięć słupków, omijamy dwa oczka, w trzecim robimy oczko ścisłe. W taki sposób wykończyłam brzeg mojego URODZIWEGO PASIASTEGO



Wersja trzecia, oczka rakowe...
Po dwóch próbach uznałam, że w przypadku tego szala, nie chcę żadnych ozdobnych brzegów. Pominęłam więc próbkę z różnokolorowymi muszelkami...
Ostatecznie stanęło na lubianych przeze mnie oczkach rakowych.
Zakryją pewne niedoskonałości brzegu i takie wykończenie chyba w tym przypadku będzie najlepsze. No, może jeszcze pomyślę nad jakimś chwostem. Jednym lub dwoma.
Jak robimy oczka rakowe?
Na wspak. Oczka rakowe to nic innego jak półsłupki. Tyle tylko, że robimy je od strony lewej do prawej. Wyglądają jak małe, ładne supełki. Dosyć często z nich korzystam. Na przykład w jednej z moich starszych chust COLOR AFFECTION




Pozdrawiam