poniedziałek, 23 marca 2020

WAŻKA

Haft krzyżykowy/ważka.

Przy okazji wspomnień o ostatnich perturbacjach zdrowotnych i szpitalnych w naszym domu, przypomniałam sobie o dokończonym niedużym obrazku, który powstał w większej części w czasie, w którym był operowany mój Malżon.
Powiem Wam, że haft krzyżykowy to takie zajęcie, które najbardziej mnie uspokaja.
Nie korzystam z nadruków na kanwie. Kupuję wzory, drukuję je i haftuję. Jest to zajęcie wymagające skupienia o wiele bardziej niż śmiganie na drutach. Nawet ażurowa chusta składa się z sekwencji oczek, które zazwyczaj zapamiętuję i robię dość automatycznie.

Polecam więc haftowanie na czas zarazy.
Moje piękne żuczki na razie powstaną tylko w pewnej części bo nie mam tylu odcieni niebieskiej i zielonej muliny.
Pokazuję za to wyszytą ważkę.
Jakoś tak „owadzio” mi się zrobiło...
Teraz pora doszyć kilka szklanych koralików, wyprasować i oprawić obrazek.


sobota, 21 marca 2020

CO BY TU ZROBIĆ W CZASIE KWARANTANNY...

No właśnie,

co by tu zrobić w czasie kwarantanny?
Znaczy dobrowolnej ale jednak.
Obejrzałam wczoraj film, na którym widać jak walczą z wirusem w Chinach.
Szczególne wrażenie zrobiły na mnie sceny, na których widać dezynfekcję ścian, wind, przycisków, chodników. Odbywa się to... cztery razy dziennie.
Na te obrazki nakładają mi się sceny z życia w Irlandii. Niby jest jakaś kwarantanna ale jednak ludzi sporo, szczególnie młodzieży i ...starszych, siwowlosych.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak to wyglądało we Włoszech przed...trzema (!) tygodniami.
Jak jest teraz, te kolumny wojskowych ciężarówek z trumnami w Bergamo pewnie wszyscy lub prawie wszyscy gdzieś widzieli.

Do tego tłucze mi się w głowie, że oboje jesteśmy w grupie podwyższonego ryzyka.
Szczególnie mój Małżon, który każdy pobyt w irlandzkim szpitalu przechodzi na cienkiej granicy przeżywalności.
Niby irlandzkie szpitale są lepiej wyposażone niż w Polsce ale...
Ostatni pobyt wiązał się z usunięciem pęcherzyka żółciowego. Zabieg miał być wykonany szybko, bardzo szybko. Po przejściu martwiczego zapalenia trzustki termin wykonania zabiegu był określany na około pół roku (zapalenie trzustki spowodował kamień żółciowy).
Tymczasem minęło dwa i pół roku, próby zmuszenia systemu do wykonania zabiegu były bezskuteczne (dobijanie się do lekarza rodzinnego, konsultanta etc).
Nie pomógł nawet pobyt na ostrym dyżurze (ból i stan podgorączkowy też nie zmienił decyzji szpitala).
Dopiero gorączka 39,8 bez żadnych innych objawów poza bólem brzucha spowodowały, że w końcu na ostrym dyżurze wykonano usg.
Diagnoza- pęcherzyk żółciowy jest już dziurawy.
Jeżeli myślicie, że to był nareszcie koniec problemów to nie, nie był.
Otóż pan doktor na izbie przyjęć oznajmił nam, że trzeba operować.
To było dość oczywiste.
Druga część komunikatu już nie.
Bo druga część brzmiała: teraz nie ma zbytnio miejsc w szpitalu więc wypiszemy do domu ale od razu dostaniesz datę wykonania zabiegu.
Wydawało mi się, że nie rozumiem. Jak to wypiszą? Z perforacją pęcherzyka?
Tak. Teraz wypiszą. Później przyjmą.
Została nam więc ostatnia deska ratunku, czyli email do naszego doktora konsultanta.
Chyba pomogło.
Małżon wieczorem trafił na oddział skąd od razu pojechał na operację.
Zabieg trwał sześć godzin bo jak powiedział doktor „ to już nie był ostatni gwizdek na zabieg, było już po gwizdku”.
Potem jeszcze kilka drobiazgów w iście irlandzkim stylu (podanie antybiotyku, na który Małżon jest uczulony)
Wypisany został po czterech dniach z dziurą w brzuchu o długości 30 cm.
Oczywiście trafił do szpitala z powrotem (zabieg w Irlandii, taki bez słowa infekcja, chyba się nie liczy) i po kolejnym tygodniu wypisano go do domu.
Tym razem dziura w brzuchu wyglądała groźniej. Rozpruli wszystkie szwy i odstawili go do domu z otwartą raną o głębokości 2,5 cm. Musiałam napychać biedaka jakąś gąbką i robić opatrunki.
Dlatego jakoś nie chcę sprawdzać czy kolejny pobyt w szpitalu nie będzie miał jeszcze bardziej dramatycznego przebiegu.

Małżon w stanie technicznym, który można określić zwrotem: „jest jak jest, oby nie było gorzej”. Na chodzie ale żyjemy ze strachem ☹️.

Tak więc po dzisiejszych zakupach (maseczki, rękawiczki, zele antybakteryjne poszły w ruch) postaram się nie wypuszczać go z domu.
Zobaczymy jak się rozwinie sytuacja.

Znudziło mi się dziubanie na drutach.
Mam co prawda rozgrzebany obraz „krzyżykowy” ale uznałam, że potrzebuję ufoka. Czegoś mniejszego.
Zakupiłam więc dwa wzory i korzystając z zapasu muliny zaczynam wyszywać.
Będą ładne.

Na razie.
Jak Wy radzicie sobie w tych trudnych czasach?
I ogólnie i z nudą?






wtorek, 17 marca 2020

PATRYKOWY DYWANIK

Mamy dzisiaj w Irlandii bardzo nietypowy dzień.
Dzień Św. Patryka, który przez zagrożenie nowym wirusem przebiega nietypowo...
Nie ma parady. Nie ma tłumów na ulicach, nie ma otwartych pubów, w których strumieniami leje się zielone piwo...

Nie jestem i nigdy nie byłam wielką fanką takiego świętowania ale ta nietypowość mnie bardzo przygnębiła.
Wydaje mi się, że to zapowiedz radykalnych zmian, jakie nastąpią w świecie, który znaliśmy.

Przez kwarantannę, której się dobrowolnie poddajemy, uda mi się chyba zmniejszyć odrobinę zapasy włóczek, nitek, wstążek i sznurków.
Na pierwszy ogień poszedł sznurek w kolorze ciemnej zieleni.
Powstał z niego mały dywanik.

Jutro w ruch pójdzie chyba maszyna do szycia i pudło z tkaninami.
Obiecałam dziecku, że uszyję dla niej i Eamona maseczki ochronne...


Aaaa, jeszcze jedno.
Dywanik powstał z dwóch cewek sznurka 3mm (sznurki nowosolskie, szydełko numer 8)






poniedziałek, 16 marca 2020

DZIERGANIE W CZASACH ZARAZY...

Jak Wam idzie dzierganie w czasach zarazy?
Swoją drogą, co jakiś czas przypomina mi się chińskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Wolę te mniej ciekawe jeżeli mam być szczera.
Polski projekt leży (kwarantanny...)

Nadspodziewanie dużo czasu zrobiło się nagle na hobby i domowe przyjemności, prawda?

Mam bardzo ambitny plan aby zmniejszyć choć odrobinę zalegające w szafach zapasy włóczek.
Idzie mi na razie marnie.
Skończyłam co prawda strzałkę (podoba mi się bardzo!) ale teraz bardziej pruję niż robię.
Wróciłam teź niestety do okropnego zwyczaju dziergania kilku rzeczy jednocześnie.
Teraz „dzieje się” sweter z połączenia Malabrigo Sock z Kid Silkiem, drugi sweterek z ogonami z przodu (na razie ma tylko kawałek pleców), jedna chusta (jakżeby inaczej, chusta musi być w trakcie, choć jedna) i kolejny sznurkowy dywanik. Dywanik tym razem w kolorze zielonym.

Może podpowiecie mi co można obejrzeć (Netflix, HBO Go, Player+...)
Wiecie, coś takiego do dziergania...

Wrzucam zdjęcie gotowej strzałki.
Wybaczcie, ze takie. Lepszego na razie nie będzie.
Chusta juz u właścicielki a póki co...kwarantanna i zakaz spotkań.





wtorek, 10 marca 2020

STRZAŁKA

Dawno mnie nie było...

Zajęta jestem „odrobinę” pewnym bardzo skomplikowanym projektem, który sobie rośnie.
Nie znaczy to, że nie dziergam.
Zdarza się.
Dziergam. Pruję. Dziergam.
Postanowiłam uzupełnić wpisy na blogu o te rzeczy, które powstały przez ostatnie tygodnie.
W końcu założeniem bloga było archiwizowanie prac.

Może uda mi się w tym tygodniu nadrobić zaległości.

Tymczasem strzałka. Bardzo podobają mi się jej kolory. Włóczka to Katia Infinity Shawl (więcej niż jeden motek). Finiszuję już. Zostało około 40 rzędów i zamykanie oczek.

Na razie

czwartek, 3 października 2019

HURAGAN I MOHER

Jak stworzyć UFOka?
Już kiedyś o tym pisałam i niestety niewiele się od tamtego czasu zmieniło.
Może więc bardzo krótki przepis jak owego UFOka nie stworzyć?

Mamy robótkę na pewnym etapie zaawansowania.
Zazwyczaj pojawiają się na tym etapie dwie podstawowe przeszkody:
1. zmienia się nam koncepcja jak to ma wyglądać,
2. co gorsza koncepcja jak to ma wyglądać się nie zmienia a robótka od tej koncepcji znacząco się oddala...

Krotko mówiąc- nie idzie tak jak powinno.
Czego wtedy absolutnie NIE ROBIMY?

Absolutnie nie zaglądamy na blogi, instagram etc.
Dwa- nie zagladamy do szaf, szafeczek, szuflad, kartonów, rezerwuarów, w których mamy pochowane zapasy włóczek zakupionych bo była promocja (albo na chustę, która nigdy nie powstała i nie pamiętamy cóż to w ogóle byl za wzór)

Dlaczego o tym piszę?
Otóż jestem w trakcie robienia swetra.
Kolorystycznie bardzo mi się to podoba ale...
Miał być oversize a nie jest. Wiem, ze blokowanie to zmieni ale na razie jakoś mnie zniechęcił.
Muszę też przemyśleć kwestię rękawów (założenie jest takie, że kiedyś bedzie bardziej oversize niż teraz).











Zamiast nabrać oczka na rękawy, nie wygłupiać się i go dokończyć, sięgnęłam do pudła z włóczkami.
Wzrok mój padł na resztki Malabrigo Sock.
Takie w różnych kolorach, niekoniecznie miałam na nie pomysł.
Kolory, jak to w Malabrigo.
Piękne i zazwyczaj nie trzeba szczególnych umiejętności aby razem wyglądały dobrze.
Potem pomyślałam, że gdybym dorzuciła do tej włóczki jeszcze coś co calosc by „spięło”.
Dorzuciłam cieniutką nitkę Kid Silk Dropsa.
Powiem Wam, że to jest fantastyczne!!!
Próbka wygląda obłędnie a ja bardzo potrzebuję czegoś jesiennego.
Oczywiście zdjęcie nie oddaje tego pięknego brązu przełamanego różnorodnymi kolorami Malabrigo.
Siadam do pracy bo przydadzą mi się dwa swetry pasujące do moich ulubionych bursztynów.
Chyba stałam się fanką moherowego dodatku do innych włóczek.
Chusta Kompromis i sweter Petrol to moje ulubione dzianiny!

Tak więc bardzo zaawansowany sweterek udał się do pudełka „zrobię Cię później” a ja zaopatrzona w herbatę, koc i pilota od tv zaczynam nabierać oczka na nowy sweter.
Wszystkie urządzenia domowe posiadajace baterie się ładują (dzisiaj spodzewamy sie huraganu Lorenzo i ma naprawdę WIAĆ, w porywach do 160km/h)
Cóż, sezon na huragany uważam za otwarty.

Trzymajcie kciuki za dokończenie robótek bo mam z tym ostatnio jakieś problemy.

Obiecałam sobie jednak, że codziennie przerobię choć fragment tych rękawów w starszej robótce...













wtorek, 1 października 2019

ŚLIWKOWY SZAL

Jesień idzie, nie ma na to rady... przyda się kolejny szal. Szal z babcinych kwadratow.
Co prawda ja lubię jesień (dlaczego dziewiarka miałaby jej nie lubić, zupełnie nie pojmuję) ale pomimo tego przygnębia mnie aura za oknami.
Trwa w najlepsze porządna, irlandzka jesień.
Jest ciemno, pada bez przerwy, psy śpią i kręcą nosem na pomysł wyjścia z domu.
Skłamałabym zresztą gdybym powiedziała, że bardzo je do tego wyjścia namawiam.

Dopiero wczoraj wyszło na moment słońce i udało mi się zrobić kilka zdjęć tego sporego szala (tak, tak to szal a nie chusta)
Kolory włóczki kojarzą mi się ze śliwkami, ciemnymi liśćmi i jesiennym ogrodem.
Powinnam zrobić mu zdjęcia wraz z płaszczem, do którego go wydziergałam ale...póki co słońce zniknęło. We czwartek podobno zawita do nas huragan więc sesja musi poczekać.
Na razie nie będzie więc lepszych zdjęć ale uwierzcie, ze jest uroczy.
Tak samo jak sweter, który właśnie kończę (zrobiony z tweedu i moheru)...












poniedziałek, 9 września 2019

JUŻ (PRZED)ŚWIĄTECZNIE

Juź jesienny wrzesień,
zimno,
pada.
W kubku herbata z pomarańczą i goździkami.

Szal (jego wykończenie) nastręcza mi trudności. Uznałam więc, źe muszę zrobić sobie dzień przerwy i zastanowić się co z tym fantem począć.

Co więc mogłam zrobić w taki jesienny dzień?
Wrzesień to pora na robienie ozdób świątecznych.
Nie znoszę choinek, bombek i stroików pojawiających się w sklepach już pod koniec sierpnia. Zawsze mi trochę smutno bo pamiętam z jakim utęsknieniem czekałam i jaką radość sprawiała mi pierwsza choinka widziana przed świętami...
Zawsze było to szóstego grudnia. Maleńka, sztuczna choinka, na której było kilka ozdób i kilkanaście kolorowych lampek. Taka po peerelowsku szpetna ale wtedy magiczna. Była w kiosku "Ruch" nieopodal naszego kościoła i właśnie wcześnie rano, szóstego grudnia, idąc z lampionami na roraty, mogliśmy przylepiać nosy do szyby i podziwiać to cudo...
Wtedy święta były o wiele bardziej magiczne, niestety.
Lubię kiedy ŚWIĘTA są w swoim czasie.
Tak odpowiednio w kalendarzu.
Najpierw jest jesień, potem zapach świec i stroików na początku listopada a nareszcie, w grudniu, ciemność rozświetlona setkami choinkowych światełek. Choinka, ta domowa, powinna pojawić się dopiero w Wigilię (no, niech będzie dzień lub dwa dni wcześniej, ze względów logistycznych).
Tutaj panują odmienne zwyczaje. Choinki w domach są już od początku grudnia i tuż po Bożym Narodzeniu trafiają na śmietnik.

Uwielbiam ozdoby choinkowe wykonane ręcznie.
SZYDEŁKOWE GWIAZDKI, FILCOWE KONIKI I SERDUSZKA, wyszywane drobiazgi takie jak DZIADEK DO ORZECHÓW...
Wykonanie ich wymaga jednak sporo czasu i jeżeli nie zabiorę się za to odpowiednio wcześnie, powstają zazwyczaj tuż po Świętach :)
Wzór na tego świątecznego kota znalazłam na stronie www.brookesbooks.com
Jest darmowy.
Prawda, że uroczy?
Dostanie go moja Marcia, główna miłośniczka kotów w naszej rodzinie.

Grumpy cat cross stitch

Powstanie zapewne jeszcze jedna zawieszka i parę innych świątecznych rzeczy :)






Do widzenia :)

czwartek, 5 września 2019

TRUDNY FINISZ

Trzeba przyznać, że mój szal z babcinych kwadratów powstaje w bólach.
Najpierw przestój spowodowany brakiem włóczki.
Potem wyjazd do Polski (pare dni spędzonych w temperaturze 30+ na bieganinie po urzędach, dały mi w kość i nie sprzyjało to dzierganiu)
Teraz... problem techniczny.
Kwadraty wydziergane. Pora je połączyć.
Spróbowałam juz dwóch metod łączenia przy pomocy szydełka i żadna z nich nie dała odpowiedniego efektu. Rozważam więc zwykłe zszywanie.
Dzisiaj kolejna próba.
Na razie schnie ostatnia partia kwadratów.
Miałam nadzieje, ze jutro szal będzie gotowy ale...
Zobaczę 😁
PS
Lubię te kolory Dropsa Delight, Wam też się podobają?


sobota, 10 sierpnia 2019

POTRZEBA MATKĄ WYNALAZKU-BLOKOWANIE NA STYROPIANIE :)

Jaka jest Wasza metoda na blokowanie babcinych kwadratów?

Przyznam się Wam, że do tej pory ich w ogóle nie blokowałam.
Zrobiłam dwa kocyki (BOHEMIAN OASIS, CYGANSKI PLED) poduszki oraz kamizelkę z elementami szydełkowymi i jakoś nie czułam takiej potrzeby.
Teraz jednak robię szal. Patrząc na stertę bardzo nierówno wyglądających kwadratów uznałam, że pora na blokowanie.

Włóczka to moja ulubiona kolorystycznie (i cenowo dość dostępna) włóczka Drops Delight.
Uwielbiam jej kolory. Zrobiłam też z niej kilka chust i szali ()
Ma jedną wadę. Jest nierówna. W przypadku szala nie jest to jakaś specjalna przeszkoda ale szal z wykorzystaniem "granny squares" to już inna bajka. Szczególnie, że te "moje" są dość ażurowe.
Efekt jest taki, że z jednego motka włóczki potrafią wyjść kwadraty o dość zróżnicowanej wielkości.
Uznałam, że potrzebuję jakiegoś ujednolicenia.
Rozpięłam największy kwadrat na styropianowej podkładce (przydaś- zostawiłam ją po rozpakowaniu nowej kuchenki). Nie naciągałam brzegów. W ogóle bo różnica pomiędzy kwadratami z grubszej i cieńszej części motka była spora. Sprawdziłam, że taki najmniejszy dam radę naciągnąć do takiego wymiaru. Zmierzyłam boki kwadratu i na styropianie narysowałam siatkę, która ułatwi mi zachowanie odpowiednich wielkości.

Pierwsza partia kwadratów się suszy.
Mnie czeka teraz przerwa technologiczna bo...skończyła mi się włóczka.
Trzeba więc uzupełnić zapasy i szal zostanie dokończony dopiero na początku września, po moim krótkim wypadzie do Polski.

Patrząc na zdjęcia z mokrymi kwadratami pomyślałam sobie: "szału nie ma". Tak naprawdę ten szal ma szanse przeobrazić się w naprawdę ładny udzierg. Damy mu szansę.

Listopadowa aura za oknem (nie leje ale wiatr wyje i całe niebo jest zachmurzone) nastraja do dziergania i chyba zabiorę się za jakiegoś UFOka...







piątek, 9 sierpnia 2019

WAKACYJNE LENISTWO I DZIEWIARSTWO TEORETYCZNE

Dzień dobry,

znowu długo nie pisałam.
Głównie dlatego, że w tym sezonie wakacyjnym oddaję się przede wszystkim chorowaniu oraz nicnierobieniu...
Idzie mi świetnie. Niestety i jedno i drugie.
Przez ostatnie tygodnie nie dokończyłam żadnej z rozpoczętych prac (jeden sweter jest na etapie braku rękawa...). Ba, żadnej nie rozpoczęłam aby po chwilowym zauroczeniu, porzucić.
Zajmowałam się głównie dziewiarstwem teoretycznym.
Dostałam pod choinkę dwie super książki i wertuję je ostatnio w poszukiwaniu weny. Przedwczoraj kupiłam kolejną...
Poza tym spędzam czas na lenistwie i zamienianiu mojego mikroskopijnego ogródka w gąszcz krzaków, żurawek, hortensji oraz innych roślin.
Wygląda to bardzo nieuporządkowanie ale lubię ten roślinny chaos i nadmiar.
Efekt sklepu ogrodniczego pojawił się zresztą nie bez powodu. Po prostu kupiłam sporo maleńkich roślin z zamiarem podhodowania ich i zabrania wiosną do Polski.
Plan wypalił w100%. Nawet więcej :). Po prostu nie uwzględniłam, że aż tak będzie się to roślinne towarzystwo rozrastać.
Wiosną, w kwietniu, znalazłam powojnik wyrastający...spod kompostownika. Miał cztery listki. Od razu wiedziałam skąd się wziął. Była to roślina, która trzy lata temu nie przetrwała mojej pomyłki (podlałam rośliny, WSZYSTKIE, środkiem chwastobójczym). Korzenie z bryłką ziemi wylądowały na samym dnie nowiutkiego kompostownika. Po trzech latach powojnik postanowił jednak ożyć. Wykopałam go więc i trafił do dużej donicy ze świeżą ziemią.
To było w kwietniu. Teraz ma ponad metr kłębowiska gałęzi i liści...
Wrzucam kilka wakacyjno-roślinno-sierściuchowych zdjęć.
Wczoraj zakończyło się lato (w Irlandii jesień zaczyna się w sierpniu).
Wieje, leje i jest paskudnie. W nocy była nawet burza!!!
Wzmianka o tym zasługuje na trzy wykrzykniki bowiem burza z piorunami jest tu zjawiskiem praktycznie nieznanym!
Psy się wściekły, narobiły dodatkowego rabanu. W dodatku Felka wystraszona oraz rozeźlona hukiem obudziła się i wyskoczyła spod kocyka...prosto w warczącą paszczę wilka na ekranie telewizora. Rozumne z niej zwierzę, wlazła pod stół aby poszczekiwać i obserwować przeciwnika.
Skoro jest jesiennie (taka dość listopadowa aura, tylko sporo cieplejszy deszcz) to nawyki dziewiarskie pokonały lenistwo i wczoraj powstało 15 elementów mojego nowego szala.

Zagląda tu jeszcze Ktoś?
Coraz mniej moich ulubionych blogów :(


CDN :)
















środa, 10 lipca 2019

AGATOWE SZALEŃSTWO

 czyli robimy bransoletkę z agatów.
Ogarnęło mnie agatowe szaleństwo.
Zaczęło się od zdjęcia pewnej bransoletki z agatów przecudnej urody...
Ceny była również przecudnej urody, uznałam więc, że zakupię surowce i w ten sposób stanę się posiadaczką podobnego cudu w zdecydowanie niższej cenie.

Pierwszy problem pojawił się na etapie poszukiwań materiału.
Biżuteria stanowiąca wzór była z pięknych agatów i fluorytów.
Rozwiązanie idealne to były oczywiście zakupy internetowe w jednym miejscu (koszty przesyłki).
Okazalo się to skomplikowane na tyle, ze od pomysłu, do realizacji upłynęło dobrych kilka tygodni.
Fluoryty zastąpione zostały labradorytami (równie urodziwymi) a ja w cenie bransoletki mam teraz dwa sznury korali i bransoletki w ilości...sztuk pięć.
Na szczęście posiadam również córkę o usposobieniu sroki, od przybytku głowa więc nie zaboli.

Musicie mi uwierzyć na słowo (zdjęcia nie oddają urody tej biżuterii), że to jest naprawdę ładne.

Poza tym agat to kamień przywracający równowagę we wszystkich aspektach życia: zdrowotnym, intelektualnym, emocjonalnym.
Więcej równowagi na pewno mi nie zaszkodzi 😉

W dodatku pomagać ma również w schorzeniach oczu, problemach z jelitami, wątrobą i układem moczowym. Nie rozumiem jak mogłam do tej pory funkcjonować bez takiej biżuterii :)

Co tam jeszcze?
Pomaga poradzić sobie z zasypianiem, wspiera w depresji i tęsknocie.
Wpływa na wytrwałość, wzmacnia pozytywne nastawienie do rzeczywistości oraz logiczne myślenie.

Normalnie biżuteria na receptę...

Poza agatami na zdjęciach są moje bursztyny, którym dorobiłam rzemykowe elementy (zamiast drobnych bursztynów, tak podoba mi się o wiele bardziej) oraz prototyp naszyjników z lapis lazuli (sklep internetowy kamieniolomy.pl miał promocję...)