poniedziałek, 18 kwietnia 2016

CO ZWIEDZIĆ W IRLANDII - INCHIGEELAGH I GOUGANE BARRA


Dobry wieczór,

dzisiaj wpis tylko odrobinę dziewiarski, w dodatku dla cierpliwych (to za sprawą wielu zdjęć oraz mojej gadatliwości).

Dziecko robi prawo jazdy.
Przezimowałyśmy i póki co mieszkamy w Irlandii, nie będzie więc to wpis mrożący krew w żyłach o kolejnych, nieudanych próbach zdobycia uprawnienia do prowadzenia pojazdu mechanicznego.
Dziecko moje próbowało zrobić prawo jazdy w Polsce, stawiając się na kolejne egzaminy w lokalnym PORDzie.
Po cyklu niepowodzeń (zbyt mało dynamiczna jazda, zbytnio dynamiczna jazda, wymuszenie pierwszeństwa na drodze, na której drugi samochód znajdował się o 150 metrów od skrzyżowania etc.) oświadczyła nam, że dość tego. Nie zamierza utrzymywać lokalnego Ośrodka Ruchu Drogowego...
Faktem jest, że zostawiłyśmy w tym PORDzie kwotę, która wystarczyłaby na zakup małego, używanego samochodu.

Do rzeczy jednak.
Po przylocie do Irlandii pofatygowała się do lokalnego urzędu, w celu zdobycia uprawnionego "papieru".
Zaopatrzyła się w książeczkę z zasadami, umówiła termin egzaminu, zapłaciła i wróciła do domu.
Po tygodniu oczekiwania udała się na egzamin, który zdała (prosty był podobno jak drut i bardziej na logikę niż wyuczone bezmyślnie zasady).
Odebrała tymczasowe prawo jazdy (provisional licence) i zaczęły się lekkie schody...

Ubezpieczyciel odmówił dopisania jej do ubezpieczenia ojca.
Musicie wiedzieć, że w Irlandii obowiązkowe ubezpieczenie komunikacyjne "doszyte" jest do kierowcy.
Nie można ot tak po prostu wziąć kluczyków, prawa jazdy i samochodu Papy.
Ubezpieczyciel nie zgodził się na dopisanie jej bo samochód za duży (pojemność 2.0) a ona za młoda i bez pełnych uprawnień (full licence).
Ostatecznie sprzedaliśmy samochód (i tak mieliśmy taki zamiar :)) zakupilismy małą Mazdę, załatwilismy formalności polisowe i Dziecko mogło ruszyć w Irlandię.
Można tu jeździć od razu po zdaniu teorii (z osobą towarzyszącą posiadającą uprawnienia).

Po tygodniu i kilku trasach miejskich przyszła pora na wyruszenie w świat.
Trzeba się edukować i Dziecko wozi nas wszędzie.
Czy tego chcemy czy nie :)
Wczoraj zapakowaliśmy się do samochodu z zamiarem zrobienia dłuższej trasy, poza miasto.

Wyruszyliśmy z Cork rano.
Około 10 byliśmy w Macroom skąd po szybkiej kawie, pojechaliśmy dalej.
Tuż za Macroom znajduje się dość nietypowy zbiornik wodny.
Jest to spore rozlewisko utworzone przez rzekę Lee.
Wody było sporo, kiedy jej stan opada, robi się bardziej widowiskowo gdyż nad powierzchnia znajdują się pnie zatopionych drzew...

Po chwilowym przystanku udaliśmy się w dalszą drogę.
Kolejny mini postój zrobiliśmy przy ruinach maleńkiego kościoła w Inchigeelagh.



Uwielbiam te irlandzkie ruiny z szarego kamienia.

Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć urokliwej okolicy i ruszyliśmy dalej.

Celem naszej wyprawy była Gougane Barra.

Jest to głębokie jezioro, w którym rozpoczyna bieg rzeka Lee (to ta sama, która zalewa cyklicznie Cork). Na wysepce przy brzegu znajduje się maleńka kaplica (St Finbar's Oratory), połączona z lądem kamienną groblą. Podobno to w tym miejscu modlił się i mieszkał święty Finbarr.
Miejsce jest urocze i stanowi ulubione miejsce zaślubin irlandzkich par z bliższej i dalszej okolicy.
Do niedawna termin trzeba było zarezerwować nawet dwa lata wcześniej!


Dodatkową atrakcją jest las. 
LAS!
Nie zamieszczam zbyt wielu relacji z krótszych i dłuższych wypasów po Irlandii ale las jest tu towarem deficytowym.

Była to moja pierwsza wizyta w tym uroczym miejscu i cieszę się, że udało się nam tam dotrzeć.
Okazało się, że las został przed kilkoma laty zaatakowany przez grzyba.
Wycięto już spore fragmenty starego drzewostanu, którego nie udało się uratować.
Dodatkowo przeszła przez okolice jakaś wyjątkowo silna wichura i poza ściętymi drzewami, napotykaliśmy pnie drzew wyrwanych z korzeniami...




Część dawnego lasu nadal trwa (choć obawiam się, że przegrywa walkę :()
Pomimo tego jest tu pięknie!
Irlandzkie dywany z mchu oczarowują mnie za każdym razem kiedy je widzę.
Tutaj mogłam "napaść oczy".






Jechaliśmy taką TRASĄ
Wiecie o czym myślę cały czas?
O tym, że w Polsce co tydzień tysiące sfrustrowanych osób próbuje zdobyć dokument uprawniający do prowadzenia samochodu.
Podobno oblewają dla swojego i innych dobra.
Cóż, jest wiele miejsc na świecie, w których jakoś ten problem nie istnieje.
Moje Dziecko po czterech latach "niejeżdżenia" wsiadła tu do samochodu i pojechała.
Porusza się w obcym kraju, obcym mieście. Uwierzcie mi, że Irlandia to nie Ameryka.
Nie przesadzają tu z wylewaniem metrów kwadratowych nawierzchni.
Powiedziałabym raczej, że ich drogi przypominają gabarytami domy.
Cóż, są...lilipucie?
Wąsko, bez pobocza, niebezpiecznie.
Jeździ. Nabiera wprawy. Za miesiąc, dwa umówi się na egzamin i zrobi "pełne" prawo jazdy.
Mam przyjaciółkę mieszkającą w Nowym Yorku.
Nie posiada prawa jazdy.
Powiedziała mi, że nikt w pracy by jej chyba nie uwierzył.
To tak jakby przyznać się do analfabetyzmu.
Prawo jazdy ma tam każdy.
Więc dlaczego?
Dlaczego u nas tyle spraw musi wyglądać tak a nie inaczej?


Rozpisałam się.
Pora na akcent dziewiarski.
Dłubałam w samochodzie Leona Bis.
Powolutku rośnie.

Dzisiaj późnym popołudniem ruszyliśmy nad morze.
Kierunek Garryvoe.
Przy okazji chrzest bojowy przeszła moja chusta WICHROWE WZGÓRZA
Nad wodą jest dość chłodno ale zawsze przecież można owinąć się chustą, prawda?
Dopiero nad oceanem możemy w pełni docenić możliwość opatulenia się czymś ciepłym...









czwartek, 14 kwietnia 2016

LEON BIS- W TRAKCIE

Dzień dobry :)

Dzisiaj powrót do mojego zwierzyńca.
Powstaje LEON BIS.
Zamówił go Ktoś Kogo Bardzo Lubię :)
Muszę się sprężać, na razie mam dopiero pół lwiej paszczy (na zdjęciu to ta ciemniejsza część - maska na prototypie Leona).
Zostało mi sporo pracy a dłubię tego nowego Leona z włóczki Drops Safran, która jest sporo cieńsza niż Belle (z niej jest LEON Prim). Ma też zmodyfikowaną paszczę (bo przecież nie lubimy robić dwa razy tego samego, prawda? :).
Przede mną jeszcze sporo pracy.
Trzymajcie kciuki za to aby lwia grzywa mogła powstać z włóczki Floki (Austermann), miałabym sporo mniej pracy. Lwie dredy robiłam przez cały wieczór, kilka godzin.
Leon poleci ze mną do Madrytu, bo tak się szczęśliwie składa, że tam spotkam się z Kimś Kogo Bardzo Lubię (spędzamy razem tegoroczny kwietniowo-majowy urlop).
Lecimy za dwa tygodnie, pora ruszać do pracy...

Tak więc przez dwa tygodnie doniesienia będą zapewne z cyklu "amigurumi".
Kolejne z cyklu "podróże" bo przede mną Madryt a potem zobaczymy.
Jedziemy tak jak lubię najbardziej - przed siebie, zatrzymując się w miejscach, które szczególnie przypadną mi do gustu.
Na pewno będę chciała zatrzymać się w Kordobie (moja ukochana Mezquita i festiwal patiów - ogrodniczki niech sobie wygooglają, polecam) i  Sewilli. 
Poza tym Kadyks, Plasencia, Caceres, Toledo...
Już z niecierpliwością przebieram  łapami :)

"stary" LEON w masce - robi się nowy...

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

DROPSOWY MROK

Dzień dobry,

mroczny sweter skończony.
Dzięki grubej włóczce (Drops4You 5) i drutom 5,5 dziergało się błyskawicznie.

To bardzo uniwersalny udzierg, dzięki sporej elastyczności pasuje zapewne na kilka rozmiarów, od m do xl.
Na kimś szczupłym wygląda tak jak na moim manekinie.
W rzeczywistości ma prawie dopasowane rękawy (widać wtedy wzór) i jest dość krótki.
Wzór  miał być początkowo ażurem na rękawie ale... nie chciało mi się liczyć oczek. Uznałam, że taki biegnący przez środek rękawa będzie wyglądał dobrze.
Tak też jest (musicie mi uwierzyć na słowo, że jest równy i wyglądają te rękawy naprawdę dobrze). Mrok jest idealny do dźinsów i spódniczek mini :).
Po zgubieniu x kg :) będzie oversize. Z dużym dekoltem.
Na etapie robienia został zaakceptowany przez moje Dziecko więc zakończyłam dodawanie oczek "ciut" wcześniej niż zamierzałam i muszę sobie teraz wydziergać kolejny sweter.

Dół i rękawy wykończyłam tak jak górę (prawie) czyli rzędęm półsłupków a potem oczek rakowych.
Dzięki temu sweter nie rozwlecze się jak to ma w zwyczaju dropsowa bawełniana nitka (mój zwyklak z Belle Dropsa został przez to spruty).

Pora na parę zdjęć.
















środa, 6 kwietnia 2016

WDiC - MROK

Dzień dobry środowo.

Dzieje się nadal sweter. Powoli bo ciągle coś mnie odrywa od dłubaniny.
Boję się też, że zabraknie mi włóczki, Dlatego nie robię od razu dwóch rękawów. Chcę jak najszybciej zrobić jeden, będę wtedy mogła oszacować czy włóczki wystarczy na dokończenie dołu.
Jest to 100% bawełna i po doświadczeniach ze zwyklakiem, postanowiłam adbać aby dekolt nie rozciągał się nadmiernie.
Jest zrobiony przy pomocy szydełka (pętla łąńcuszkowych oczek, potem rząd półsłupków i na koniec rząd oczek rakowych, które bardzo lubię).
Nie wydaje mi się aby mogło się to rozciągnąć o więcej niż 1-2 cm.
I o to chodzi :)
W ten sam sposób wykończę też dół.

Teraz środowe czytanie.

Czytam chyba z pięć rzeczy jednocześnie a wczoraj zaczęłam kolejną.
Miałam ochotę na coś z magią i centaurami i akurat znalazłam na stronie Intensywnie Kreatywnej opis książki The Nightrunner . Odłożyłam więc bardziej ambitne dzieła i znajduję się wraz z Alecem wśród złodziejaszków, magików i niebezpiecznych zdarzeń. Czyta się, jak to tego typu literatura, bardziej niż ekspresowo.

 Tytuł książki, zdecydowanie wpasował się w kolor swetra, mroczny grafit...




wtorek, 5 kwietnia 2016

WIOSENNE PORZĄDKI - MITENKI DO KOMPLETU

Dzień dobry,

przy okazji porządkowania zdjęć, udziergów, włóczek etc. przypomniałam sobie o najprostszych na świecie mitenkach, które zrobiłam niedawno dla mojego Dziecka.

Mitenki powstały do kompletu czyli jako uzupełnienie wielkiego, wielokolorowego, pasiastego szala.
PASIASTY to jeden z moich pierwszych udziergów, z początków uzależnienia od wełny :)
Ma prawie dwa lata. Eksploatowany jest niezwykle intensywnie i nadal dobrze się prezentuje.
Z racji wielkości służy czasami jako otulacz na kurtkę. Jest zrobiony z Dropsa Delight (dwa kolory) i Fabel(czarny), czyli włóczek dość cienkich. Można więc owinąć tym szaliszczem również tylko szyję. Zastosowań ma sporo, nosi się znakomicie i chyba powstanie jeszcze jeden egzemplarz, w ciut innych kolorach.

Teraz doczekał się mitenek do kompletu.
Piszę "najprostszych na świecie" bo to po prostu dwa prostokąty zrobione szydełkiem. Są zaszyte (został otwór na kciuk) i mają szydełkowe ozdobne wykończenie.
Powstały w jeden wieczór, na początku marca.






Wracam do swetra. Boję się, że zabraknie mi włóczki...

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

ZAJAWKA

Coś na grzbiet.
Niestety po "przesiedzianej" zimie niewiele na ten grzbiet wchodzi...
Wersja bawełniana (Drops4You 5), którą muszę skończyć w tym/przyszłym tygodniu.
Do wakacyjnego wyjazdu.
Problem w tym, że do wyjazdu muszę też zrobić zamówionego Leona nr 2.
Jeszcze większy problem z Leonem polega na tym, że dopiero czekam na zamówioną włóczkę...

Póki co zajawka.
Druty 5,5 ależ to frajda po tych cieniznach.



piątek, 1 kwietnia 2016

TUAR CEATHA CZYLI IRLANDZKA TĘCZA

Deszcz leje (niemożliwe?) więc bez sensu jest czekanie na piękną słoneczną wiosnę.
Była zresztą wczoraj, po południu :)

Skończyłam szal z resztek tęczowej estonki (to ta kolorowa część :) oraz kilka pasków na ciemnoczerwonym tle.
Czerwień to Roma.
W porównaniu z estonką Roma jest miękka i delikatna, złagodzi trochę efekt drapania.

Druty 3,75 z żyłką oczywiście.
Wzór z głowy, zmodyfikowałam odrobinę ażur z chusty WICHROWE WZGÓRZA
Lubię ten ażur, jest tak prosty, że robi się praktycznie sam, bez konieczności zerkania co chwilę na wydruk i monotonnego mamrotania pod nosem (znacie to, prawda: dwa na prawo, narzut, trzy razem na prawo ze środkowym oczkiem na górze, narzut...cholera, cofnij...:))
Brzeg, który był czerwony (z estonki) wykończyłam jeszcze rzędem szydełkowych półsłupków z pikotkami.
Szal jest prostokątny. Bosko się to daje blokować.
Żadnych rogali, zawijasków, zawiniętych brzegów!

Czas na pochmurne zdjęcia.
Naprawdę znowu leje.
Zaczęłam łykać witaminę D...

Wracam do maszyny i szycia szkockiej spódniczki dla mojego Dziecka (fragment jej widać na manekinie więc prace są już dość zaawansowane)

Miłego piątku.




środa, 30 marca 2016

FINISZUJĘ I PORZĄDKUJĘ

WDiC odcinek XXX

Środowe dzierganie i czytanie zaniedbałam ostatnio (blogowo) i spieszę nadrobić zaległości.

Najpierw dzierganie.
Kończę szal z reszty estońskiej tęczy połączonej z ciemnoczerwoną Romą.
Tęczowo i optymistycznie oraz...niezwykle prosto do blokowania będzie.
Po blokowaniu tęczowej TORMENTY oraz ALPEJSKICH ŁĄK nabrałam rezerwy do chust tego kształtu.
Po prostu...nie chce mi się ślęczeć i upinać aby jakoś wyglądały. Szczególnie tu, gdzie wilgoć w powietrzu niszczy efekt dość szybko.

Tak więc ten tęczowy szal powstał dość absurdalnie bo od nabrania oczek na szydełkowy łańcuszek.
Zrobiłam border i uznałam, ze nie będzie żadnych skróconych rzędów i rogala.
Nic z tego!
Prostokąt dający się ukształtować przy pomocy drutów do blokowania będzie dobry.
Zostało mi mozolne szydełkowe wykończenie zamknietego już brzegu (pikotki mi się zamarzyły).
Blokowanie zapewne jutro.

Co się czyta?
Literatura prawie fachowa :)
Z nudów złapałam za książkę, którą Małżon wywiózł kiedyś z domowych zbiorów.
Dr Robert Maurer "Filozofia kaizen".
Pewnie metoda kaizen znana jest sporej grupie (choćby z wykładów na studiach:)).
Dla osób, które się z nią nie spotkały: w olbrzymim skrócie jest to filozofia, którą można streścić słowem "POLEPSZ".
Najczęściej opisywana jest jako japońska filozofia biznesowa (stosowana z wielkim powodzeniem) sprowadzająca się do ustawicznego udoskonalania i ulepszania procesu zarządzania i produkcji, na wszystkich szczeblach.
Brzmi biznesowo i dość sucho ale...książka napisana jest przystępnie i zaciekawiło mnie podejście Autora (psychologa i wykładowcy na Wydziale Medycyny UCLA) do zastosowania tej metody w codziennym życiu.

Nie każdy daje radę wziąć byka za rogi i dokonać radykalnej, rewolucyjnej zmiany.
Rewolucje bywają spektakularne ale nie zawsze kończą się sukcesem. Czasami to spektakularna klapa.
Kaizen to przeciwwaga dla gwałtownych zmian.
Skoro nie mogę podołać radykalnym metodom to czemu nie skorzystać z tej filozofii?
Bez olbrzymiego wysiłku, łagodnie i elegancko?
Metodą małych kroków, niewielkich zmian?
Codziennie odrobinę poprawiać coś co mi nie odpowiada?

:)






Dawno nie było też "czego się słucha"
Słucha się Islandczyków (to ze względu na bardzo wstępne przygotowania wyprawy do krainy ognia i lodu)...


czwartek, 24 marca 2016

KURKI TRZY

Były sobie kurki trzy...
Szydełkowe zresztą.
Jeżeli zdążę, powstaną jeszcze w wersji pastelowej.
Ta trójka chyba dostanie jeszcze sznureczek i zawiśnie zaczepiona o karnisz.
Przemyślę ten pomysł.
Na razie uciekam, trzeba sporządzić listę zakupów świątecznych.







środa, 23 marca 2016

DZIEWIARSKIE PORZĄDKI

Dzień dobry,

w związku z okresem przedświątecznym zabrałam się za porządki. Na razie dziewiarskie.
Skończyłam przerabianie granatowego swetra. UFF.
Poprawki, przeróbki, zszywanie, chowanie nitek...
Noo, nie jest to bardzo przyjemne.
Czasami trzeba.

Koniec gadania.
Zdjęcia bardzo efektowne nie są ale przeróbka wyszła dość dobrze.
Sweter ma teraz duży kołnierz i plisę z guzikami. Można się opatulić.
Wiosna nadchodzi i będzie mógł służyć jako płaszczyk.
Takie były sugestie właścicielki.

Wygląda teraz tak:
Tu zdjęcie "przed":
I jeszcze zbliżenie na kołnierz zakończony moimi ulubionymi oczkami rakowymi (na drugim planie fragment szydełkowej robótki, która się dzieje) :




Uciekam.
Wielkanoc za parę dni, może pora na jakiegoś kurczaka/zajączka ?
Powinnam zdążyć.


niedziela, 20 marca 2016

TĘCZOWO

Uff,

wróciłam z Polski.
Muszę przyznać, że trzydniowy pobyt w Gdańsku, połączony z ogromną listą spraw do załatwienia, przypomina przejażdżkę kolejką górską.

Od jutra powrót do codzienności.

Plany na ten tydzień:
1. dokończyć przeróbkę swetra, o którym pisałam swego czasu,
2. nadgonić szydełkowanie (zaczyna wyglądać pięknie :)),
3. wyciągnąć maszynę do szycia bo zaczyna mi rosnąć lista rzeczy do uszycia "na wczoraj",
4. poza listą "na wczoraj" jest lista "na już" a na niej na miejscu pierwszym : "Mamo, uszyj mi spodnicę, w szkocką kratkę!"
5. Ruszyć w końcu stronę, o której myślę od dobrych paru tygodni (nazwa mi potrzebna, łatwiejsza niż tysiacoczekiwloczekblogspot....

To robótkowo.
Poza tym - codziennie godzina ruchu. Koniecznie.
Robótki ręczne mają to do siebie, że niestety, nie wpływają dobrze na kondycję fizyczną. Szkoda wielka.
Tak więc wczoraj zakupiliśmy wielką pompkę rowerową i jutro zamierzam odkurzyć dwukołowca!
Wiosna moje drogie :)

Lista listą a na drutach wylądowała resztka estońskiej tęczowej wełny, z której powstała Tormenta

To coś będzie szalem, rozpoczętym od szydełkowego łańcuszka gdyż...miała być to chusta, taka w kształcie księżyca.
Cóż. Zmieniłam plan po godzinnej walce z blokowaniem Tormenty.
Będzie szal. Kocham blokowanie dzininy o prostym, nieskomplikowanym kształcie :)



Na razie mam tęczowy brzeg, reszta powstanie z Romy w kolorze wisniowym.
Połączenie kolorów spodobało mi się od razu, w dodatku Roma jest znacznie mniej "zgryźliwa".

I jeszcze jedno zdjęcie "oczopląśne", tym razem tkaniny na zabawki (i nie tylko).
Będzie się szyło...

CDN...


środa, 9 marca 2016

WIOSENNE SZYDEŁKOWANIE :) I WDiC

Dzień dobry,

znowu jakby środa...

Tknięta wyrzutami sumienia postanowiłam sięgnąć po szydełkową sukienkę, którą robię na zamówienie...
Idzie mi, no nie idzie raczej:)
Mam jej z siedem centymetrów i przedwczoraj postanowiłam ruszyć pracę do przodu.
Lato za pasem a miałam się wyrobić do wakacji.
Na szczęście wpadła przyszła właścicielka i ...zmieniła koncepcję :)
UFF, UFF, UFF!
Wiecie przecież jak to jest kiedy nie mamy serca do jakiejś robótki.
Do sukienki nie miałam.

Zmiana koncepcji spowodowała, że otworzyłam folder CROCHET i w ciągu 30 sekund sukienka zmieniła się w coś co dzierga mi się bez porównania lepiej.

I nie, nie będzie to bieżnik :)
Na końcowy efekt trzeba jeszcze poczekać. Pędzę z robótką bo boję się, że zabraknie mi kordonka a w niedzielę lecę do Polski i mogę dokupić trochę.

Wracam do "Genialnej przyjaciółki" i szydełka.
Na razie zdjęcie fragmentu "bieżnikowej robótki".



poniedziałek, 7 marca 2016

LEON W SŁOŃCU

Sobota była słoneczna.
Skorzystalismy więc z okazji i zabraliśmy Marcię, Leona i psy na plażę :)








Dawno nie było zdjęć z cyklu "Pocztówki z Irlandii".
Wklejam więc jeszcze parę obrazków z okolic Nohoval (bardzo blisko Cork).
Kiedy tam dotarliśmy, Marcia powiedziała: "Mamo, ale Narnia..."

Bajkowa bywa ta Szmaragdowa Wyspa.
Szczególnie w słońcu.








sobota, 5 marca 2016

KONTROLA JAKOŚCI

Leonowe buty...

Kontrola jakości przed sesją zdjęciową.
JEST SŁOŃCE :)
Zaraz się zbierzemy i jedziemy dotleniać.

Miłej soboty.


środa, 2 marca 2016

GENIALNA PRZYJACIÓŁKA I KOLEJNY SZYDEŁKOWY MIŚ

WDiC - 02 marca

Co czytam?
Elena Ferrante, "Genialna przyjaciółka".

Niezbyt często ulegam zachęcającym do przeczytania książek opisom.
Tym razem jednak uległam sile perswazji i sięgnęłam po "Genialną przyjaciółkę".


To powieść uniwersalna. O przyjaźni, dorastaniu, milości, wyborach...
Akcja dzieje się we Włoszech i przedstawia losy dwóch przyjaciołek.
Zaczyna się dość nietypowo bo obie bohaterki mają ponad sześćdziesiąt lat.
Jedna z nich, Elena, odbiera telefon od syna przyjaciółki, Rina.
Okazuje się, że Lila zaginęła...

Nie jest to bynajmniej historia kryminalna, z morderstwem w tle (przynajmniej na razie).
Elena, dość szybko orientuje się, ze zaginięcie Lili zostało przez nią dokładnie przygotowane.
Zatarła po sobie wszelkie ślady. Zaginęły po niej nawet fotografie...
Elena przez ponad trzydzieści lat słyszała od przyjacciółki, że ta chciałaby rozpłynąć się w powietrzu, zniknąć bez śladu i radzi jej synowi aby pozostawił ją w spokoju...

Zapowiada się nietuzinkowo. Czyta świetnie. Recenzje (i ilość sprzedanych egzemplarzy jej powieści) również przemawiają ZA.
Jeżeli Ktoś chce to może sobie posłuchać fragmentu. Właśnie znalazłam w radiowej Dwójce...

Teraz o dzierganiu.
Dziergam wszystko i nic.
Nie mogę się zmobilizować do dokończenia paru rozgrzebanych rzezy.
Kilka(naście) kolejnych dopomina się realizacji.
Wiosenne przesilenie...

Jedyne co mogę dokończyć to malutkie misie, powstające ostatnio gromadami...
Ten jest ostatni. Miś w kominie :)