środa, 27 kwietnia 2016

BIS

Dzień dobry,

zaglądam tylko na moment tak pomiędzy pakowaniem, drukowaniem rezerwacji, sprawdzaniem rozkładów jazdy i uśmiechaniem się do siebie gdyż "a bo to juz jutro" :)
I nie chodzi bynajmniej o stary jak świat dowcip tylko o możliwość, że przez całych osiem dni będzie fantastyczna wiosenna pogoda.
No dobrze, na ubiegły tydzień nie powinnam narzekać, nie jest najgorzej.

Wracając do sedna sprawy.
Parę zdjęć Bisa.
Bis jest udoskonaloną wersją Leona Prim :)
Skończyłam go dzisiaj i zaraz wymyślę gdzie go schować bo...lecę tylko z bagażem podręcznym.
Bis ma szanse na rewelacyjną sesję zdjęciową.
Może Madryt?
Albo Sevilla?
Kadyks?

Trudno powiedzieć. Trasa wyjazdu nieznana. Wiem, ze lądujemy w Madrycie i stamtąd odlatujemy z powrotem. Reszta na tak zwany żywioł czyli tak jak lubię najbardziej.


Na razie zdjęcia, na których widać, że przerósł starszego brata.
To niezamierzony efekt i wynik robienia szydełkowych zabawek na tak zwane oko, bez schematów i wzorów.

Pozdrawiam.






środa, 20 kwietnia 2016

LEW i LEC (STANISŁAW JERZY)

Dzień dobry środowo :)

Nie pisałam ostatnio "co się czyta", głównie dlatego, że czytanie szło opornie.
Zaczęlam kilka książek ale jakoś tak niezbyt mi to czytanie szło.
Być może za sprawą czwartego sezonu serialu "House of cards" :)

Serial szczęśliwie obejrzałam i wracam do pracy.
Czas nagli a Leon rośnie opornie i nie przybywa go tak szybko jak bym chciała.
A przecież trzeba mu jeszcze uszyć garderobę!

Co się czyta?
Zaglądam bardziej niż czytam do Stanisława Jerzego Leca i jego "Myśli nieuczesanych".
To "zaglądam" z racji tego, że jest to zbiór aforyzmów i jakby akcja niekoniecznie wartka.
Ma to jednk swoje plusy- nie muszę pamiętać, na której stronie zakończyłam lekturę.
Kartkowanie sprawia mi podwójną frajdę bo i humoru sporo i odkrywam różnicę w czytaniu tego typu literatury po raz wtóry, po upływie kilku(dziesięciu!) lat.

Pora na parę cytatów:

"Nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności. Ale znajomość często"
"Niektórzy tak kochają patos, że zgodzą się użyć go z każdym tekstem"
"Sumienie miał czyste. Nieużywane"
"Czas obrodził geniuszami. Miejmy nadzieję, że będzie kilku zdolnych"

Ponadczasowe, prawda?

Wracając do robótkowania.
Leon jest na razie ślepy.
Miał już doszyte  oczy ale odprułam je.
Były za duże i lew wyglądał groźnie.
Lwy z natury są groźne i teoretycznie takie być powinny ale nie wtedy gdy są szydełkowym prezentem dla dwulatka...
Nasz Leon Bis wyglądał jak postać przeniesiona z przerażającj "Koraliny" Neila Gaimana.
Slepy złagodniał, będzie miał małe oczy, osadzone bliżej siebie. Może...zeza?
:)

Wcale nie jest olbrzymi, to kwestia perspektywy.






Pozdrawiam

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

WEEKEND z IRLANDIĄ


Dobry wieczór,

dzisiaj wpis tylko odrobinę dziewiarski, w dodatku dla cierpliwych (to za sprawą wielu zdjęć oraz mojej gadatliwości).

Dziecko robi prawo jazdy.
Przezimowałyśmy i póki co mieszkamy w Irlandii, nie będzie więc to wpis mrożący krew w żyłach o kolejnych, nieudanych próbach zdobycia uprawnienia do prowadzenia pojazdu mechanicznego.
Dziecko moje próbowało zrobić prawo jazdy w Polsce, stawiając się na kolejne egzaminy w lokalnym PORDzie.
Po cyklu niepowodzeń (zbyt mało dynamiczna jazda, zbytnio dynamiczna jazda, wymuszenie pierwszeństwa na drodze, na której drugi samochód znajdował się o 150 metrów od skrzyżowania etc.) oświadczyła nam, że dość tego. Nie zamierza utrzymywać lokalnego Ośrodka Ruchu Drogowego...
Faktem jest, że zostawiłyśmy w tym PORDzie kwotę, która wystarczyłaby na zakup małego, używanego samochodu.

Do rzeczy jednak.
Po przylocie do Irlandii pofatygowała się do lokalnego urzędu, w celu zdobycia uprawnionego "papieru".
Zaopatrzyła się w książeczkę z zasadami, umówiła termin egzaminu, zapłaciła i wróciła do domu.
Po tygodniu oczekiwania udała się na egzamin, który zdała (prosty był podobno jak drut i bardziej na logikę niż wyuczone bezmyślnie zasady).
Odebrała tymczasowe prawo jazdy (provisional licence) i zaczęły się lekkie schody...

Ubezpieczyciel odmówił dopisania jej do ubezpieczenia ojca.
Musicie wiedzieć, że w Irlandii obowiązkowe ubezpieczenie komunikacyjne "doszyte" jest do kierowcy.
Nie można ot tak po prostu wziąć kluczyków, prawa jazdy i samochodu Papy.
Ubezpieczyciel nie zgodził się na dopisanie jej bo samochód za duży (pojemność 2.0) a ona za młoda i bez pełnych uprawnień (full licence).
Ostatecznie sprzedaliśmy samochód (i tak mieliśmy taki zamiar :)) zakupilismy małą Mazdę, załatwilismy formalności polisowe i Dziecko mogło ruszyć w Irlandię.
Można tu jeździć od razu po zdaniu teorii (z osobą towarzyszącą posiadającą uprawnienia).

Po tygodniu i kilku trasach miejskich przyszła pora na wyruszenie w świat.
Trzeba się edukować i Dziecko wozi nas wszędzie.
Czy tego chcemy czy nie :)
Wczoraj zapakowaliśmy się do samochodu z zamiarem zrobienia dłuższej trasy, poza miasto.

Wyruszyliśmy z Cork rano.
Około 10 byliśmy w Macroom skąd po szybkiej kawie, pojechaliśmy dalej.
Tuż za Macroom znajduje się dość nietypowy zbiornik wodny.
Jest to spore rozlewisko utworzone przez rzekę Lee.
Wody było sporo, kiedy jej stan opada, robi się bardziej widowiskowo gdyż nad powierzchnia znajdują się pnie zatopionych drzew...

Po chwilowym przystanku udaliśmy się w dalszą drogę.
Kolejny mini postój zrobiliśmy przy ruinach maleńkiego kościoła w Inchigeelagh.



Uwielbiam te irlandzkie ruiny z szarego kamienia.

Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć urokliwej okolicy i ruszyliśmy dalej.

Celem naszej wyprawy była Gougane Barra.

Jest to głębokie jezioro, w którym rozpoczyna bieg rzeka Lee (to ta sama, która zalewa cyklicznie Cork). Na wysepce przy brzegu znajduje się maleńka kaplica (St Finbar's Oratory), połączona z lądem kamienną groblą. Podobno to w tym miejscu modlił się i mieszkał święty Finbarr.
Miejsce jest urocze i stanowi ulubione miejsce zaślubin irlandzkich par z bliższej i dalszej okolicy.
Do niedawna termin trzeba było zarezerwować nawet dwa lata wcześniej!


Dodatkową atrakcją jest las. 
LAS!
Nie zamieszczam zbyt wielu relacji z krótszych i dłuższych wypasów po Irlandii ale las jest tu towarem deficytowym.

Była to moja pierwsza wizyta w tym uroczym miejscu i cieszę się, że udało się nam tam dotrzeć.
Okazało się, że las został przed kilkoma laty zaatakowany przez grzyba.
Wycięto już spore fragmenty starego drzewostanu, którego nie udało się uratować.
Dodatkowo przeszła przez okolice jakaś wyjątkowo silna wichura i poza ściętymi drzewami, napotykaliśmy pnie drzew wyrwanych z korzeniami...




Część dawnego lasu nadal trwa (choć obawiam się, że przegrywa walkę :()
Pomimo tego jest tu pięknie!
Irlandzkie dywany z mchu oczarowują mnie za każdym razem kiedy je widzę.
Tutaj mogłam "napaść oczy".






Jechaliśmy taką TRASĄ
Wiecie o czym myślę cały czas?
O tym, że w Polsce co tydzień tysiące sfrustrowanych osób próbuje zdobyć dokument uprawniający do prowadzenia samochodu.
Podobno oblewają dla swojego i innych dobra.
Cóż, jest wiele miejsc na świecie, w których jakoś ten problem nie istnieje.
Moje Dziecko po czterech latach "niejeżdżenia" wsiadła tu do samochodu i pojechała.
Porusza się w obcym kraju, obcym mieście. Uwierzcie mi, że Irlandia to nie Ameryka.
Nie przesadzają tu z wylewaniem metrów kwadratowych nawierzchni.
Powiedziałabym raczej, że ich drogi przypominają gabarytami domy.
Cóż, są...lilipucie?
Wąsko, bez pobocza, niebezpiecznie.
Jeździ. Nabiera wprawy. Za miesiąc, dwa umówi się na egzamin i zrobi "pełne" prawo jazdy.
Mam przyjaciółkę mieszkającą w Nowym Yorku.
Nie posiada prawa jazdy.
Powiedziała mi, że nikt w pracy by jej chyba nie uwierzył.
To tak jakby przyznać się do analfabetyzmu.
Prawo jazdy ma tam każdy.
Więc dlaczego?
Dlaczego u nas tyle spraw musi wyglądać tak a nie inaczej?


Rozpisałam się.
Pora na akcent dziewiarski.
Dłubałam w samochodzie Leona Bis.
Powolutku rośnie.

Dzisiaj późnym popołudniem ruszyliśmy nad morze.
Kierunek Garryvoe.
Przy okazji chrzest bojowy przeszła moja chusta WICHROWE WZGÓRZA
Nad wodą jest dość chłodno ale zawsze przecież można owinąć się chustą, prawda?
Dopiero nad oceanem możemy w pełni docenić możliwość opatulenia się czymś ciepłym...









czwartek, 14 kwietnia 2016

LEON BIS- W TRAKCIE

Dzień dobry :)

Dzisiaj powrót do mojego zwierzyńca.
Powstaje LEON BIS.
Zamówił go Ktoś Kogo Bardzo Lubię :)
Muszę się sprężać, na razie mam dopiero pół lwiej paszczy (na zdjęciu to ta ciemniejsza część - maska na prototypie Leona).
Zostało mi sporo pracy a dłubię tego nowego Leona z włóczki Drops Safran, która jest sporo cieńsza niż Belle (z niej jest LEON Prim). Ma też zmodyfikowaną paszczę (bo przecież nie lubimy robić dwa razy tego samego, prawda? :).
Przede mną jeszcze sporo pracy.
Trzymajcie kciuki za to aby lwia grzywa mogła powstać z włóczki Floki (Austermann), miałabym sporo mniej pracy. Lwie dredy robiłam przez cały wieczór, kilka godzin.
Leon poleci ze mną do Madrytu, bo tak się szczęśliwie składa, że tam spotkam się z Kimś Kogo Bardzo Lubię (spędzamy razem tegoroczny kwietniowo-majowy urlop).
Lecimy za dwa tygodnie, pora ruszać do pracy...

Tak więc przez dwa tygodnie doniesienia będą zapewne z cyklu "amigurumi".
Kolejne z cyklu "podróże" bo przede mną Madryt a potem zobaczymy.
Jedziemy tak jak lubię najbardziej - przed siebie, zatrzymując się w miejscach, które szczególnie przypadną mi do gustu.
Na pewno będę chciała zatrzymać się w Kordobie (moja ukochana Mezquita i festiwal patiów - ogrodniczki niech sobie wygooglają, polecam) i  Sewilli. 
Poza tym Kadyks, Plasencia, Caceres, Toledo...
Już z niecierpliwością przebieram  łapami :)

"stary" LEON w masce - robi się nowy...

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

DROPSOWY MROK

Dzień dobry,

mroczny sweter skończony.
Dzięki grubej włóczce (Drops4You 5) i drutom 5,5 dziergało się błyskawicznie.

To bardzo uniwersalny udzierg, dzięki sporej elastyczności pasuje zapewne na kilka rozmiarów, od m do xl.
Na kimś szczupłym wygląda tak jak na moim manekinie.
W rzeczywistości ma prawie dopasowane rękawy (widać wtedy wzór) i jest dość krótki.
Wzór  miał być początkowo ażurem na rękawie ale... nie chciało mi się liczyć oczek. Uznałam, że taki biegnący przez środek rękawa będzie wyglądał dobrze.
Tak też jest (musicie mi uwierzyć na słowo, że jest równy i wyglądają te rękawy naprawdę dobrze). Mrok jest idealny do dźinsów i spódniczek mini :).
Po zgubieniu x kg :) będzie oversize. Z dużym dekoltem.
Na etapie robienia został zaakceptowany przez moje Dziecko więc zakończyłam dodawanie oczek "ciut" wcześniej niż zamierzałam i muszę sobie teraz wydziergać kolejny sweter.

Dół i rękawy wykończyłam tak jak górę (prawie) czyli rzędęm półsłupków a potem oczek rakowych.
Dzięki temu sweter nie rozwlecze się jak to ma w zwyczaju dropsowa bawełniana nitka (mój zwyklak z Belle Dropsa został przez to spruty).

Pora na parę zdjęć.
















środa, 6 kwietnia 2016

WDiC - MROK

Dzień dobry środowo.

Dzieje się nadal sweter. Powoli bo ciągle coś mnie odrywa od dłubaniny.
Boję się też, że zabraknie mi włóczki, Dlatego nie robię od razu dwóch rękawów. Chcę jak najszybciej zrobić jeden, będę wtedy mogła oszacować czy włóczki wystarczy na dokończenie dołu.
Jest to 100% bawełna i po doświadczeniach ze zwyklakiem, postanowiłam adbać aby dekolt nie rozciągał się nadmiernie.
Jest zrobiony przy pomocy szydełka (pętla łąńcuszkowych oczek, potem rząd półsłupków i na koniec rząd oczek rakowych, które bardzo lubię).
Nie wydaje mi się aby mogło się to rozciągnąć o więcej niż 1-2 cm.
I o to chodzi :)
W ten sam sposób wykończę też dół.

Teraz środowe czytanie.

Czytam chyba z pięć rzeczy jednocześnie a wczoraj zaczęłam kolejną.
Miałam ochotę na coś z magią i centaurami i akurat znalazłam na stronie Intensywnie Kreatywnej opis książki The Nightrunner . Odłożyłam więc bardziej ambitne dzieła i znajduję się wraz z Alecem wśród złodziejaszków, magików i niebezpiecznych zdarzeń. Czyta się, jak to tego typu literatura, bardziej niż ekspresowo.

 Tytuł książki, zdecydowanie wpasował się w kolor swetra, mroczny grafit...




wtorek, 5 kwietnia 2016

WIOSENNE PORZĄDKI - MITENKI DO KOMPLETU

Dzień dobry,

przy okazji porządkowania zdjęć, udziergów, włóczek etc. przypomniałam sobie o najprostszych na świecie mitenkach, które zrobiłam niedawno dla mojego Dziecka.

Mitenki powstały do kompletu czyli jako uzupełnienie wielkiego, wielokolorowego, pasiastego szala.
PASIASTY to jeden z moich pierwszych udziergów, z początków uzależnienia od wełny :)
Ma prawie dwa lata. Eksploatowany jest niezwykle intensywnie i nadal dobrze się prezentuje.
Z racji wielkości służy czasami jako otulacz na kurtkę. Jest zrobiony z Dropsa Delight (dwa kolory) i Fabel(czarny), czyli włóczek dość cienkich. Można więc owinąć tym szaliszczem również tylko szyję. Zastosowań ma sporo, nosi się znakomicie i chyba powstanie jeszcze jeden egzemplarz, w ciut innych kolorach.

Teraz doczekał się mitenek do kompletu.
Piszę "najprostszych na świecie" bo to po prostu dwa prostokąty zrobione szydełkiem. Są zaszyte (został otwór na kciuk) i mają szydełkowe ozdobne wykończenie.
Powstały w jeden wieczór, na początku marca.






Wracam do swetra. Boję się, że zabraknie mi włóczki...

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

ZAJAWKA

Coś na grzbiet.
Niestety po "przesiedzianej" zimie niewiele na ten grzbiet wchodzi...
Wersja bawełniana (Drops4You 5), którą muszę skończyć w tym/przyszłym tygodniu.
Do wakacyjnego wyjazdu.
Problem w tym, że do wyjazdu muszę też zrobić zamówionego Leona nr 2.
Jeszcze większy problem z Leonem polega na tym, że dopiero czekam na zamówioną włóczkę...

Póki co zajawka.
Druty 5,5 ależ to frajda po tych cieniznach.



piątek, 1 kwietnia 2016

TUAR CEATHA CZYLI IRLANDZKA TĘCZA

Deszcz leje (niemożliwe?) więc bez sensu jest czekanie na piękną słoneczną wiosnę.
Była zresztą wczoraj, po południu :)

Skończyłam szal z resztek tęczowej estonki (to ta kolorowa część :) oraz kilka pasków na ciemnoczerwonym tle.
Czerwień to Roma.
W porównaniu z estonką Roma jest miękka i delikatna, złagodzi trochę efekt drapania.

Druty 3,75 z żyłką oczywiście.
Wzór z głowy, zmodyfikowałam odrobinę ażur z chusty WICHROWE WZGÓRZA
Lubię ten ażur, jest tak prosty, że robi się praktycznie sam, bez konieczności zerkania co chwilę na wydruk i monotonnego mamrotania pod nosem (znacie to, prawda: dwa na prawo, narzut, trzy razem na prawo ze środkowym oczkiem na górze, narzut...cholera, cofnij...:))
Brzeg, który był czerwony (z estonki) wykończyłam jeszcze rzędem szydełkowych półsłupków z pikotkami.
Szal jest prostokątny. Bosko się to daje blokować.
Żadnych rogali, zawijasków, zawiniętych brzegów!

Czas na pochmurne zdjęcia.
Naprawdę znowu leje.
Zaczęłam łykać witaminę D...

Wracam do maszyny i szycia szkockiej spódniczki dla mojego Dziecka (fragment jej widać na manekinie więc prace są już dość zaawansowane)

Miłego piątku.