środa, 25 lipca 2018

Chusta KOMPROMIS

Tym razem znowu trójkątna chusta robiona na drutach.
Dlaczego "Kompromis"?
Dlatego, że bardzo lubię ażurowe chusty. Robić lubię, niekoniecznie używać.
Zrobiłam sporo koronkowych chust i ... nie noszę ich prawie wcale.
Częściowo przez irlandzki klimat (blokowanie jest tu cóż...krótkotrwałe).
Tak naprawdę dlatego,
że wolę spokojne, stonowane, jednokolorowe rzeczy.
Prawdę mówiąc po moich udziergach tego kompletnie nie widać.
Tym razem postanowiłam zrobić coś co będzie stonowane i jednocześnie będzie mieć jakiś element ażurowy.
Teraz pora na brak skromności.
Jestem bardzo zadowolona z efektu.
Chusta jest znacznie ładniejsza niż na zdjęciach (zdecydowanie lepiej prezentowałaby się w połączeniu z czymś mniej pogniecionym niż lniana koszula ale... to ostatnia sesja wieszakowa w tym mieszkaniu. Nie posiadałam pod ręką ani białej koszuli z jakiegoś "mniejgnieciucha", ani też żelazka...

Jestem oczarowana włóczką, z której powstała.
Dropsowy Kid-Silk połączony z Lace Silky Star (Meme Yarns) to duet idealny.
Chusta jest wielka, lekka, puchata i bardzo miła w dotyku.
Już wiem, że będzie to mój ulubiony udzierg jesienny.




Mam nadzieję, że Wam też się podoba.
Zamierzam zrobić opis bo to zdecydowane prosty udzierg. Ażur zapamiętuje się sam.
Nie trzeba kombinować niczego ze wzorem podczas dodawania oczek w rosnącej chuście. Efekt jest naprawdę dobry (znowu nieskromnie).
Już się tu całkiem prawie zorganizowałam i pewnie za parę dni spiszę wszystko i tu wrzucę.

Pozdrawiam.

wtorek, 24 lipca 2018

Szkocja. Isle of Skye

Dzień dobry,

tym razem wpis zdecydowanie odbiegający od tematów rękodzielniczych.
W ubiegłym roku, nie udało się nam wyskoczyć choćby na bardzo krótkie wakacje. Ten rok również nie należy do najłatwiejszych i jest niezbyt przewidywalny, Uznaliśmy więc, że dobrym pomysłem jest kilkudniowy wypad do Szkocji.
Szkocja jest blisko, z dość dobrymi i tanimi połączeniami lotniczymi.
Na miejscu góry, Szkoci w kiltach, dudy i zapierające dech w piersiach krajobrazy.
Udało się nam wcisnąć tygodniowy wypad pomiędzy obowiązki różnego rodzaju i na początku czerwca, po błyskawicznym locie, wylądowaliśmy w Edynburgu.
Plan był dość napięty. Edynburg-Glasgow- Isle of Skye-Edynburg.
Opis Edynburga zostawię sobie na później.
Szkocja jest piękna a Isle of Skye to miejsce magiczne.
Od razu po powrocie obiecałam sobie, że zrobię krótki wpis poświęcony przede wszystkim Skye. Dla wielu osób, jest to miejsce znajdujące się wysoko na liście "muszę zobaczyć". Przeglądając blogi podróżnicze natknęłam się nawet na wpisy, że jest tam tak pięknie, że warto zobaczyć to miejsce o każdej porze roku i przy każdej pogodzie.
Niekoniecznie jestem zwolenniczką tej teorii.
W stronę Skye ruszyliśmy z Glasgow. Po drodze zatrzymaliśmy się w okolicach Parku Loch Lomond.





Loch Lomond
Kierowaliśmy się na północ. Widoki za oknami samochodu robiły się coraz piękniejsze.

Highlands
Podróżowaliśmy w nasz ulubiony sposób. Wypożyczonym samochodem, z punktu A do punktu B na mapie. Po drodze zatrzymując się w miejscach, które nas urzekły.
A Szkocja, cóż, cała jest urzekająca...
Minęliśmy oszałamiającą dolinę Glencoe ze szczytami Trzech Sióstr. Czy są tu jakieś wielbicielki serialu "Outlander"? Ewentualnie pamięta ktoś krajobrazy z filmu "Braveheart" z Melem Gibsonem, "39 kroków" Hitchcocka czy Agenta 007 w "Skyfall"? Nie zapominajmy też o Harrym Potterze...) 
To właśnie dolina Glencoe. Krajobraz jest tak piękny, że trudno dziwić się filmowcom.

The Three Sisters, Glencoe
Pod koniec słonecznego dnia docieramy do zamku Eilan Donan. To jeden z najczęściej fotografowanych zamków w Szkocji i na całym świecie. Trudno się temu dziwić bo jest naprawdę piękny.
Jest już późno ale zatrzymujemy się aby zrobić trochę zdjęć.
Kontynuując wpis o szkockich krajobrazach filmowych, tu kręcono sceny do pierwszej części filmu "Nieśmiertelny", "Prywatnego życia Sherlocka Holmesa", filmu "Elżbieta: Złoty Wiek", części serii o agencie 007 "Świat to za mało" czy serialu "Avengers".
Eilean Donan Castle

Eilean Donan Castle
Eilean Donan Castle
Docieramy do miejsca noclegu, zostawiamy tylko bagaże w pokoju i postanawiamy przejechać na wyspę jeszcze tego samego dnia aby rozejrzeć się po okolicy (i kupić cokolwiek do jedzenia). Most jest spory, nowoczesny. Ma na poboczach duże elektroniczne tablice ostrzegawcze. Migają jakieś napisy...
Dowiadujemy się z nich, że następnego dnia spodziewają się załamania pogody, deszczu, ochłodzenia oraz ...huraganowych porywów wiatru.
Zmienia to nasz harmonogram dnia. Zrywamy się o szóstej rano, docieramy do stolicy wyspy, Portree a stamtąd od razu jedziemy w stronę jednej z głównych atrakcji Skye.
Stolica wyspy, Portree
Wczesna pobudka sprawiła, że udaje się nam wejść na Old Man of Storr i podziwiać roztaczające się dokoła nas widoki ( "Prometeusz" Ridley'a Scotta :))
Co prawda ostatni odcinek podejścia pokonujemy walcząc z porywistym wiatrem i patrząc w osłupieniu na spadające z nieba płatki śniegu ale warto było.

The Old Man of Storr, Isle of Skye
Isle of Skye
Isle of Skye

The Kilt Rock, Isle of Skye

Isle od Skye
Cały dzień jeździmy po wyspie. Leje i wieje. Wychodzimy z samochodu na zmianę aby zrobić zdjęcie i wskakujemy z powrotem.
Następnego dnia...pogoda się pogarsza.
Decydujemy więc, że nie ma sensu zostawać na wyspie i ruszamy na południe, w stronę Edynburga.
Znowu przejeżdżamy obok zamku Eilean Donan. Cieszymy się, że zrobiliśmy mu kilka zdjęć w drodzę na Skye. Teraz wygląda groźniej.
Eilean Donan Castle, Isle of Skye...załamanie pogody
Pogoda nadal się pogarsza. Pojawia się gęsta mgła, która okrywa cały świat. Leje jak z cebra i widzimy a także słyszymy potoki, które pojawiły się nagle znikąd i teraz spływają gwałtownie z gór. Jedziemy na południe w strugach deszczu, który uniemożliwia jakiekolwiek zwiedzanie. Do dlatego nie do końca zgadzam się z teorią, że Isle of Skye jest piękna przy każdej pogodzie. W takich warunkach na jakie my trafiliśmy...nie było jej po prostu widać.
Isle of Skye, mgła, załamanie pogody
Scottish Highlands,

niedziela, 22 lipca 2018

Szydełkowa letnia bluzka z bawełny

Dzień dobry!

Niedziela miała być „wyjazdowa”. Plan był świetny. Pakujemy się rano i jedziemy do stolicy. Po drodze Glendalough i Wicklow.
Jak już napisałam plan był super, nie uwzględniał jedynie czynnika losowego.
Czynnik ów zadziałał wczoraj. Moja Druga Połowa wstała z fotela, lekko się obróciła i... tak już została. Rwa kulszowa nie jest najlepszą towarzyszką samochodowej podróży oraz zwiedzania, zmodyfikowaliśmy więc plan i dzięki temu dzisiejszy dzień spędzę na dzierganiu, wyszywaniu, przeglądaniu blogów i byczeniu się w ogródku. Też dobrze.
Przy okazji pokazuję ubiegłoroczną bluzkę z bawełny (Drops Safran)

Na jednym ze zdjęć widać też mój hafciarski projekt.
Dotarłam do półmetka i zamierzam zakończyć go do końca roku...
Zobaczymy :)

Bawełniana bluzka z bawełny (Drops Safran)

Bawełniana bluzka z bawełny (Drops Safran)

Bawełniana bluzka z bawełny (Drops Safran)

Bawełniana bluzka z bawełny (Drops Safran) i krzyżykowa niekończąca się praca...

Bawełniana bluzka z bawełny (Drops Safran)

Miłej niedzieli!

piątek, 20 lipca 2018

Cygański pled wersja druga

Dzień dobry,

porządkowania archiwum część pierwsza.
Ponad cztery lata temu w jednym z pierwszych wpisów na blogu pojawił się bajecznie kolorowy kocyk.
Wzór pochodził ze strony www.garnstudio.com i oczarował mnie kompletnie.
W dość błyskawicznym tempie powstawały kolejne kwadraty i dość szybko powstał mój Bohemian Oasis
Od tamtej pory, włóczka, z której powstał, czyli Drops Delight jest jedną z moich ulubionych.
Mam ją zawsze w swoich zapasach, uzupełnianych podczas corocznych promocji...
W związku z tym, że Bohemian Oasis powstał dla mojej córki, Marci postanowiłam wykorzystać zalegające motki i zrobić koc też dla siebie.
Okoliczności były sprzyjające bo zima i leżący w łózku, dochodzący do siebie Mój Mężczyzna :)
Wbrew pozorom, tego typu koce nie są projektami dla bardzo cierpliwych.
Najbardziej żmudna część to chowanie nitek. Kwadraty powstają szybko, dzięki cieniowanej włóczce praca jest przyjemna bo praktycznie nie ma dwóch identycznych elementów.
Nauczyłam się chowania nitek od razu po zakończeniu gotowego elementu, dzięki czemu ten koc (a jest całkiem spory) powstał chyba w dwa miesiące (nie siedziałam bynajmniej od świtu do nocy).
Pora na kilka zdjęć.


Bohemian Oasis i nowy koc na fotelu

Gotowe elementy
Nowy koc na łóżku


Pozdrawiam

środa, 18 lipca 2018

Debiut, czyli dywan ze sznurka



Dzień dobry po bardzo długiej przerwie :)

Obiecywałam sobie wiosną reaktywację bloga ale jakoś trudno było mi się za to zabrać.
Oczywiście coś tam przez ostatnie miesiące powstawało ale tak troszkę mniej entuzjazmu wkładałam w dzierganie. 
Półrocze było intensywne, na trasie Irlandia-Polska, z krótkim przystankiem na Szkocję i piękną Isle of Skye (ale o tym w kolejnym poście) 
Na szczęście większość spraw jest już zakończona. W tym tygodniu będę też wiedziała czy późną jesienią przylecę do Polski na dłużej ale na razie to plany, które mogą się rozmyć :)
Postanowiłam uzupełnić choć trochę bloga i postaram się w tym tygodniu wrzucić kilka udziergów archiwalnych.

Na pierwszy ogień idzie sznurkowy debiut.
Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojej siostrzenicy Mileny, na której zamówienie powstał dywanik.
Zamówiłam trochę za dużo sznurka, zrobiłam więc jeszcze trzy kosze na zabawki.

Wydawało mi się, że takie sznurkowe wyroby powstają błyskawicznie i trochę się zdziwiłam. To dość ciężka praca, szczególnie kiedy robótka już podrośnie. Koszyki z kolei robiłam dość długo gdyż starałam się robić je maksymalnie ciasno, tak aby nie były "klapnięte".
Do rzeczy :) Oto one.
PS. Mam nadzieję, że się spodobają i doczekają jakiejś reakcji w komentarzach :)

Macie pomysł jak się zmotywować do systematycznego pisania?






Dla porządku materiały:
sznurek 5 mm w kolorze białym, szarym i różowym,
szydełko nr 10 i 9 (koszyk szary),
Sznurek zakupiony w sposób absolutnie błyskawiczny w internetowym sklepie Mila Druciarnia
W dodatku ten w szarym kolorze zamówiłam w jednym kawałku (przyszedł spory karton z wystającą końcówką), odpada więc problem łączenia odcinków jednokolorowych.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

CO SIĘ DZIEJE cz. 3 (czyli wielkie krzyżykowanie)


Dobry wieczór wszystkim,

aż chciałoby się zaśpiewać "Czy mnie jeszcze pamiętasz?"

Trochę czasu minęło od mojego ostatniego wpisu. Paskudnego czasu, niestety. Praktycznie połowa roku wycięta z życiorysu. Nie chce mi się do tego wracać. Napiszę tylko, że powoli wszystko się normuje. Norma została oczywiście zmodyfikowana przez chorobę i nie da rady już tak pohulać jak "przed" ale póki co jest stabilnie.
Trochę jeszcze przed tym moim Mężczyzną. Za dwa, trzy miesiące kolejny zabieg i zobaczą jak wygląda w środku. Póki co wraca do siebie. Zaczął jeść, przytył trochę (bilans półrocznej choroby to minus 38 kg), nie przyplątała się póki co cukrzyca (odpukać!!!). Wypuszczam go już samego z domu :)
Nie napiszę, że jest dobrze bo po pierwsze tak super znowu nie jest, po drugie nie chcę kusić licha...
Nauczyłam się tego w szpitalu (w sumie pierwszy pobyt trwał...99 dni i dwa kolejne już kilkudniowe).
Kiedy tylko mówiłam, że jest lepiej - od razu zaczynało się coś gwałtownie pogarszać i to tak naprawdę konkretnie w stylu intensywna terapia, śpiączka, gorączka 40 stopni czy też sepsa...
Tak więc, jest stabilnie i oby tak już zostało.

Oczywiście coś tam w tym czasie wydziergałam i postaram się nadrobić wpisy. Tradycyjnie jednak, muszę poczekać na odrobinę słońca.

Od trzech miesięcy niczego nie dziergam. Przerzuciłam się na haft krzyżykowy i ...mam go już serdecznie dość.
Postanowiłam bowiem wyszyć sobie obrazek.
Nie lubię "krzyżykowych obrazów".
Nawet bardzo ich nie lubię :)
Ten jednak spodobał mi się tak bardzo ("Celtic Cross" Terry Fleckney), że niewiele myśląc kliknęłam "wrzuć do koszyka".
Obraz przedstawia celtycki krzyż. Będzie miał wielkość ok. 27x34cm i składa się z ...48636 krzyżyków. Krzyżyczków raczej bo kwadrat 10x10 krzyżyków (czyli pracowicie wydłubana seteczka) to kwadracik o boku 1,5 cm na 1,5 cm. Do jego wyszycia używam 29 kolorów muliny.
Oszalałam ale skoro powiedziało się A i kupiło wzór oraz mulinę to teraz nie ma wymówek.
Zbliżam sie już do połowy i staram się nie zabierać za żadne inne robótki. Boję się, że odłożenie haftu na dłuższy moment, spowoduje porzucenie go na zawsze.

W związku z tą hafciarską działalnością, niezbyt dużo się dzieje.
W tak zwanym międzyczasie postaram się powrzucać troche zaległych rzeczy (pierwszy sznurkowy dywan z koszykiem na zabawki w komplecie, kolejny pled z mojej ulubionej włóczki w cygańskich kolorach, bawełnianą bluzkę. Powstało również sporo ozdób choinkowych ale te poczekają już do sezonu zimowego :)

Pozdrawiam i dziękuję za wpisy i troskę.
Bardzo to miłe było i podnoszące na duchu :)

Jeżeli Ktoś tu jeszcze zagląda to proszę o wsparcie mojego hafciarskiego szaleństwa w komentarzu. Na zdjęciu widzicie wydruk ze wzorem na karce formatu A4. Mam takich kartek SZESNAŚCIE!




Celtic Cross Terry Fleckney (work in progress)

sobota, 30 września 2017

CO SIĘ DZIEJE CZ.2

...czyli post dość medyczny.

Dawno mnie nie było.
Bardzo dawno nawet bo mamy niezwykle kiepską drugą połowę roku.

Małżon nadal w szpitalu. Jutro minie dziesiąty tydzień...
Z tych dziesięciu tygodni, cztery dni spędził na "zwykłej" sali, tydzień na intensywnej terapii, pozostałe tygodnie na sali intensywnego nadzoru medycznego...

Teraz do rzeczy.
Dlaczego właściwie o tym piszę?

Otóż moje drogie dlatego, że Moja Druga Połowa zachorowała na bardzo wredną rzecz.
Zapalenie trzustki.
Wywołane... kamicą żółciową.

Teraz łapka w górę. Kto ma kamicę pęcherzyka żółciowego? Co jakiś czas po bigosiku, surowej wędzonej polędwicy, tłustym obiedzie sięga do apteczki po sylimarol/raphacholin/ziółka/leki rozkurczające?

Ja przeżyłam tak ponad dwadzieścia lat...
O kamicy dowiedziałam się tuż po urodzeniu dziecka i świadomość ta towarzyszyła mi wraz z mniejszymi lub większymi dolegliwościami przez lata całe aż do ataku, po którym dostałam mechanicznej żółtaczki. Okazało się, że kamień utkwił mi w drogach żółciowych i trzeba było zabiegu endoskopowego aby udrożnić drogi żółciowe i pozbyć się intruza.
Od razu po wyjściu ze szpitala umówiłam się na zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego.

Przez te wszystkie lata ani razu nie usłyszałam od lekarza, że nie ma co zwlekać z zabiegiem bo konsekwencje mogą być dramatyczne.
Można "załapać się" chociażby na takie zapalenie trzustki albo na nowotwór (na który zmarła moja Mama, bez żadnych dolegliwości ze strony układu pokarmowego... po prostu któregoś dnia zrobiła się żółta i od diagnozy w szpitalu, do śmierci minęły niecałe 3 tygodnie...)

Ostre zapalenie trzustki to bardziej niż niebezpieczna choroba.
Leczenie jest długie, pacjent w tym czasie często przebywa w śpiączce farmakologicznej, otumaniony morfiną, spuchnięty, obrzmiały, z gorączką, wymiotami, może pojawiać się niewydolność płuc, nerek, serca, zakrzepy...
Do wyboru, do koloru.
A wszystko to przez kamień, który sobie gdzieś ugrzązł.
Jutro mija dziesiąty tydzień "naszego" chorowania.
O dacie wypisu ze szpitala rozmawiamy tylko w formie czarnego humoru.
Na razie nie ma o tym mowy.
Mój rekord to 40 godzin weekendu spędzonych przy łóżku.
Jedyne optymistyczne wiadomości są takie, ze krytyczny okres mamy za sobą ale...

Mam tu też dodatkowy stres zupełnie innego rodzaju.
Irlandzki szpital...
To jest temat na odrębny wpis i może kiedyś go zrobię. Na razie udało nam się (po wykorzystaniu wszystkich możliwych metod, włącznie z oficjalnymi skargami na szpital) doprowadzić do przeniesienia Małżona do sąsiedniego szpitala. Maja tam specjalistę od trzustki i zdecydowanie bardziej kompetentnych lekarzy. Pojawiła się nadzieja, że teraz leczenie ruszy z miejsca.

Tak więc, jeżeli któraś Was odkłada na później decyzję o wizycie u lekarza to bardzo was proszę - umówcie się na zabieg. TERAZ.

No dobrze, teraz jednak coś dziewiarskiego.
Dziergam zadziwiająco mało.
Wbrew pozorom, nie mam wcale dużo czasu przy tym szpitalnym łóżku.
Skończyłam wakacyjną bluzkę z bawełny.
Na razie zdjęć brak bo pogoda nie nastraja.
Teraz na drutach moje ukochane Sock Malabrigo.
Kolor Pocion.
Jesiennie jest na drutach. Kolory mchu, kory, ziemi i jesieni.
Troszkę to potrwa bo druty 3,25 i morze nitki do przerobienia przede mną.
Wbrew pozorom nie będzie to bowiem czapka...


Pozdrawiam jesiennie :)

sobota, 29 lipca 2017

CO SIĘ DZIEJE?

Wpisałam tytuł posta i na dłuższą chwilę znieruchomiałam.

Ze wstydem przyznaję, że posty piszę "w biegu". Nie przykładam się za bardzo do tekstów. Wrzucam zdjęcie, piszę parę zdań. Ot,blog to takie moje miejsce, w którym mam zdjęcia wydzierganych przez siebie rzeczy. Posty powstają od ręki, bez jakiejkolwiek korekty (co ze wstydem przyznaję).
Pogodziłam się już dawno z brakiem pięknych sesji zdjęciowych, dzięki którym taką przyjemność sprawia mi zaglądanie do blogów innych dziewiarek.
Zakładając bloga chciałam mieć coś na kształt kroniki dziewiarskiej. Miejsca, do którego za czas jakiś mogłabym zerknąć i przypomnieć sobie co i kiedy wydłubałam.
Zdecydowanie ten cel został osiągnięty.
Trochę się co prawda ta część kronikarska rozrosła, głównie za sprawą moich Sierściuchów i pięknej Irlandii, do której przyleciałam przed dwoma laty i od tamtej pory latam na trasie Irlandia-Polska przynajmniej kilka razy w roku.
Przede wszystkim jednak koncentruję się na wydłubanych przez siebie rzeczach.
Jakoś tak mi ostatnio ciągle pod górkę z tym dzierganiem...

Wrzucam zdjęcia. To bluzka, którą robię dla siebie.
Kolor chyba nie jest moim ukochanym i nigdy bym sobie nie zrobiła zapasu tej bawełny (Safran Drops) gdyby nie wzorzysta spódnica maxi kupiona niedawno.
Potrzebowałam czegoś w kolorze pasującym bardziej niż biel lnianej koszuli :)
Same wiecie, każdy pretekst jest dobry aby dokonać zakupu nowej włóczki.
Szczególnie podczas wyprzedaży...
Powstał z tej bawełny również kocyk dla maluszka, który czeka na kilka zdjęć.
Troszkę jeszcze poczeka.
Pogoda jest co prawda znakomita ale...
No właśnie. Tu wracamy do początku wpisu i tego, że po wstępie "co się dzieje?" zrobiłam przerwę na głębszy oddech. Zastanawiam się po prostu czemu człowiek czasami siada i pisze coś, co dotyczy zupełnie innych kwestii niż dziewiarskie?
Dziewiarsko to się u mnie dzieje na poziomie paru oczek dziennie właśnie dlatego, że dzieje się "niedziewiarsko".
Zdjęcia szydełkowej bluzki (w praktyce to chyba będzie karczek zrobiony przy użyciu szydełka i dół na drutach) powstały dokładnie przed tygodniem.
Niewiarygodnie paskudnych było tych parę dni, które upłynęły od śniadania na mieście, podczas którego pijąc kawę i pogryzając scones z malinami i białą czekoladą pomyślałam sobie, że chyba mi dość nudno.
Pomyślałam. Stało się. Leniwie popijałam kawę czekając na Małżona i trochę krzywiąc się w duchu na swoją niemrawość. Myśl pojawiła się nagle, znikąd a ja zamiast natychmiast się z nią rozprawić, pozwoliłam aby rozkręciła się na dobre w mojej głowie i ściągnęła jakieś wredne licho. Licho pochichotało sobie i postanowiło, że pomoże mi rozprawić się z moją nudą.
Od niedzieli mój Małżon przebywa cały czas poza domem. Leży w tutejszym szpitalu z ostrym zapaleniem trzustki. Codzienne wizyty rano i wieczorem przerywane bieganiną z Sierściuchami, praniem ręczników i ciuchów oraz dostarczaniem na oddział rzeczy z licznej listy przedmiotów niezbędnych, pozwoliły mi odzyskać równowagę i właściwą perspektywę, z której powinnam patrzeć na świat...
Małżonowi ciut lepiej. Odpięli go w każdym razie od pompy z morfiną i pozwalają nawet na szaleństwo kąpieli (co prawda z okablowaniem i stojakiem z butlą tlenową) i picia wody w sposób tradycyjny (nie wpompowują już w niego kroplówek jednej za drugą).
Trzymajcie kciuki za dalsze zdrowienie. Może będę mogła zająć się czymś jeszcze poza walką ze strachem i dokończę jakiś udzierg z listy "do zrobienia/wykończenia/zblokowania".
Póki co - karczek letniej bluzki.






piątek, 14 lipca 2017

SZYDEŁKOWY KOCYK. WERSJA 1.0

Dobry wieczór.

Tym razem kocyk dla niemowlaka robiony szydełkiem.
Pierwszy ale na pewno nie ostatni.
Na pewno bo drugi już jest na etapie półsłupków na brzegu dokoła robótki.
Trzeci na razie w postaci kolorowych motków i luźnego pomysłu.

Wzór ażurowych pasów ściągnęłam (z lekką modyfikacją) ze strony Dropsa.
Zobaczcie ile zmienia ozdobny brzeg w innym kolorze...
Oryginał kocyka ze strony Dropsa.
W opisie wzoru jest informacja, że kocyk należy wykonywać szydełkiem numer 3,5. Ja robiłam go sporo cieńszym bo 2,5 mm. Włóczka to bawełna Drops Safran.


Zanim trafi do właścicielki, dorobię jeszcze malutkie buciki.


 Tu zdjęcie wersji poprzedniej. Okazało się, że zabrakło mi około METRA włóczki aby dokończyć brzeg. Musiałam więc spruć ostatni rząd i zrobić go mniej włóczkożernym wzorem.

 Tu jeszcze całość, przed praniem i blokowaniem.




Na koniec jeszcze zajawka. Mam sporo pastelowych motków bawełny Dropsa i chyba wykorzystam je na kocyk numer 3...



sobota, 8 lipca 2017

LETNI SWETEREK Z JEDWABIU BOURETTE CAMPOLMI

Parę dni temu skończyłam letni sweterek z jedwabiu Bourette Campolmi.

Podczas dziergania zapytałam kilku osób "co to za włókno?".
Nikt nie trafił.
Małżon opisał tę włóczkę jako "konopny sznurek, tylko za miękki"
Coś w tym jest. Surowy jedwab na pewno nie kojarzy się z jedwabiem ale podoba mi się. Tak bardzo mi się podoba, że chyba przy najbliższych zakupach w e-dziewiarce zaszaleję i kupię sobie tę włóczkę na sweterek wakacyjny typu oversize. Tym razem z długimi rękawami.
Włóczka jest niezwykle wydajna. Kupiłam jedną dużą cewkę o wadze 200 gram (960 metrów) i odrobina jeszcze została (bluzka jest w rozmiarze xl).
Dodatkowym bonusem jest absolutny brak supełków!

Brakuje mi teraz jakiegoś super wakacyjnego szaliczka w kolorze pasującym bardziej niż ten na zdjęciu...
Szaliczek powstał dwa lata temu, również ze 100% jedwabiu JEDWABNA CHUSTA

Bluzka ma wzór z przodu/tyłu (noszona może być w taki sposób, że plecionka jest na plecach albo z przodu) i rękawkach. Mini rękawki wykończone są oczkami rakowymi. Robiona była metodą dla leniwych, czyli na drutach z żyłką, od góry. Zero szwów!







Włóczka: Silk Bourette Campolmi (1 cewka o wadze 200g)
Druty: 3,25  (z żyłką oczywiście) i 2,5 do zrobienia ściągaczy
Wzór: własna inwencja