Współtwórcy

sobota, 30 września 2017

CO SIĘ DZIEJE CZ.2

...czyli post dość medyczny.

Dawno mnie nie było.
Bardzo dawno nawet bo mamy niezwykle kiepską drugą połowę roku.

Małżon nadal w szpitalu. Jutro minie dziesiąty tydzień...
Z tych dziesięciu tygodni, cztery dni spędził na "zwykłej" sali, tydzień na intensywnej terapii, pozostałe tygodnie na sali intensywnego nadzoru medycznego...

Teraz do rzeczy.
Dlaczego właściwie o tym piszę?

Otóż moje drogie dlatego, że Moja Druga Połowa zachorowała na bardzo wredną rzecz.
Zapalenie trzustki.
Wywołane... kamicą żółciową.

Teraz łapka w górę. Kto ma kamicę pęcherzyka żółciowego? Co jakiś czas po bigosiku, surowej wędzonej polędwicy, tłustym obiedzie sięga do apteczki po sylimarol/raphacholin/ziółka/leki rozkurczające?

Ja przeżyłam tak ponad dwadzieścia lat...
O kamicy dowiedziałam się tuż po urodzeniu dziecka i świadomość ta towarzyszyła mi wraz z mniejszymi lub większymi dolegliwościami przez lata całe aż do ataku, po którym dostałam mechanicznej żółtaczki. Okazało się, że kamień utkwił mi w drogach żółciowych i trzeba było zabiegu endoskopowego aby udrożnić drogi żółciowe i pozbyć się intruza.
Od razu po wyjściu ze szpitala umówiłam się na zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego.

Przez te wszystkie lata ani razu nie usłyszałam od lekarza, że nie ma co zwlekać z zabiegiem bo konsekwencje mogą być dramatyczne.
Można "załapać się" chociażby na takie zapalenie trzustki albo na nowotwór (na który zmarła moja Mama, bez żadnych dolegliwości ze strony układu pokarmowego... po prostu któregoś dnia zrobiła się żółta i od diagnozy w szpitalu, do śmierci minęły niecałe 3 tygodnie...)

Ostre zapalenie trzustki to bardziej niż niebezpieczna choroba.
Leczenie jest długie, pacjent w tym czasie często przebywa w śpiączce farmakologicznej, otumaniony morfiną, spuchnięty, obrzmiały, z gorączką, wymiotami, może pojawiać się niewydolność płuc, nerek, serca, zakrzepy...
Do wyboru, do koloru.
A wszystko to przez kamień, który sobie gdzieś ugrzązł.
Jutro mija dziesiąty tydzień "naszego" chorowania.
O dacie wypisu ze szpitala rozmawiamy tylko w formie czarnego humoru.
Na razie nie ma o tym mowy.
Mój rekord to 40 godzin weekendu spędzonych przy łóżku.
Jedyne optymistyczne wiadomości są takie, ze krytyczny okres mamy za sobą ale...

Mam tu też dodatkowy stres zupełnie innego rodzaju.
Irlandzki szpital...
To jest temat na odrębny wpis i może kiedyś go zrobię. Na razie udało nam się (po wykorzystaniu wszystkich możliwych metod, włącznie z oficjalnymi skargami na szpital) doprowadzić do przeniesienia Małżona do sąsiedniego szpitala. Maja tam specjalistę od trzustki i zdecydowanie bardziej kompetentnych lekarzy. Pojawiła się nadzieja, że teraz leczenie ruszy z miejsca.

Tak więc, jeżeli któraś Was odkłada na później decyzję o wizycie u lekarza to bardzo was proszę - umówcie się na zabieg. TERAZ.

No dobrze, teraz jednak coś dziewiarskiego.
Dziergam zadziwiająco mało.
Wbrew pozorom, nie mam wcale dużo czasu przy tym szpitalnym łóżku.
Skończyłam wakacyjną bluzkę z bawełny.
Na razie zdjęć brak bo pogoda nie nastraja.
Teraz na drutach moje ukochane Sock Malabrigo.
Kolor Pocion.
Jesiennie jest na drutach. Kolory mchu, kory, ziemi i jesieni.
Troszkę to potrwa bo druty 3,25 i morze nitki do przerobienia przede mną.
Wbrew pozorom nie będzie to bowiem czapka...


Pozdrawiam jesiennie :)