sobota, 29 kwietnia 2017

LALA W WERSJI RÓŻOWEJ

Dzień dobry,

czasami wrzucałam na bloga informację z gatunku "co się słucha" i do dzisiejszego wpisu ilustracja muzyczna powinna nosić tytuł: "czy mnie jeszcze pamiętasz?" :)
Nie ma mnie bo... i tu powinna być bardzo długa lista, z perturbacjami lekarsko-zdrowotnymi na czele.
Niezbyt przy tych perturbacjach miałam chęci do pisania a i działo się niezbyt wiele.
Co nie oznacza nic.
Od przyszłego tygodnia powinno być już ciut lepiej i obiecałam sobie nadgonienie zaległości blogowych.

Na pierwszy ogień pójdzie chyba bardzo skrótowa instrukcja dla osób, którym niezbyt zgrabnie wychodzi szycie a chciałyby zrobić głowę lali.
Opisywałam już mój sposób na czuprynkę lali (Jak zrobić włosy lali), teraz pora na samą głowę.
Znalazłam metodę nie wymagającą bardziej niż przyzwoitych umiejętności szycia.

Mam w rodzinie aż trzy dziewczynki i właśnie "robi się" kolejna lala a póki co wrzucam zdjęcie robocze tej skończonej tuż przed Wielkanocą...



środa, 22 marca 2017

Farerski Mróz i zdjęcia chusty w całej "rozciągłości"

Dzień dobry,
nie ma mnie zbyt często...
Nie oznacza to bezczynności, wręcz przeciwnie.
Niestety, większość tego co zrobię...pruję.
Trudno mi sprecyzować ostateczny kształt nowego udziergu i jestem ciągle niezadowolona.
Pogoda też nie nastraja do robienia zdjęć.
Póki co, wrzucam zdjęcia ukazujące w całej wielkości moją ostatnią chustę.
Widać chyba gdzie się podziały aż 3 motki Sock Malbrigo?
Jest dobrze! Taka miała być. Wielka i dająca możliwość opatulenia się.





Dzisiaj środa, dodam tylko, że czytam "Ekspozycję" Remigiusza Mroza.
Zaczęłam dopiero i trudno mi coś więcej dodać. Zabrałam się za nią bo... czekam na tom trzeci cyklu, którego akcja rozgrywa się na Wyspach Owczych.
Przeczytałam "Enklawę" i "Połów", teraz czekam na "Prom".
Akcja tych powieści kryminalnych rozgrywa się w małej farerskiej społeczności, do której przybywa duńska policjantka aby rozwikłać sprawę morderstwa... 
Autor, Ove Løgmansbø, to nikt inny jak nasz rodzimy autor, Remigiusz Mróz.
Niezwykle intensywnie piszący jak widzę. Sięgnęłam więc po kryminał, którego akcja rozgrywa się w Polsce. Remigiusz Mróz pisze sprawnie, nie można się nudzić. Jak widzę też, lubi niespodziewane i przewrotne zakończenia...

piątek, 3 marca 2017

MARCOWA CHUSTA

Skończyłam ją... Jest już asymetryczna chusta robiona na drutach.


Wygląda niepozornie ale to sporo oczek bo aż trzy motki wełny Sock Malabrigo (prawie 1200m).
Teraz blokowanie, ciekawa jestem jaki będzie efekt końcowy. Czy czasami nie skończy się wielkim pruciem :)

Póki co chusta w wersji roboczej czyli przed praniem i blokowaniem.

Przy okazji się wytłumaczę. Nie ogarnęło mnie lenistwo, wręcz przeciwnie.
Miałam w domu małe zamieszanie w postaci drobnego remontu, który przekształcił się w remont całkiem spory (układanie nowych podłóg...).
Poza tym dzieje się sporo, tak mało dziewiarsko i zajmuje mi ta działalność coraz więcej czasu.
O tym jednak innym razem.
Teraz pierwsze zdjęcia mojej nowej chusty.
Nie wygląda szczególnie dobrze ale wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać :)
Już jest, UFF!




PS
Czy Ktoś przechodził z bloggera na wordpress i podzieli się wrażeniami?

czwartek, 9 lutego 2017

WDiC Tresowane pchły i nowa chusta

Środa, dawno nie przyznawałam się do lektur... a na drutach rośnie asymetryczna chusta

Znużyło mnie ciut wykonywanie lalek. Muszę przemyśleć trochę kwestii technicznych dotyczących włosów drugiej lali.
Odłożyłam więc jedną i drugą do walizki i zabrałam się za rękodzieło "dorosłe".

Robi się chusta. Włóczka to moje ulubione Malabrigo Sock.
Kształt będzie ciut inny niż zazwyczaj, trójkąt ale nieregularny.
Napotkałam oczywiście problem techniczny. Włóczka jest cienka i zwija mi się brzeg, pomimo rzędów zrobionych ściegiem francuskim. Blokowanie oczywiście rozprostuje moją chustę ale jesteśmy w Irlandii. Mokro tu i blokowanie niezbyt długo utrzymuje chustę w pożądanym kształcie. Muszę to przemyśleć, może po prostu pora na szal lub chustę robioną przy pomocy szydełka.

Przy okazji spokojnego dziergania z dość cienkiej nitki, słucha się audiobook na zmianę z Anną Marią Jopek i Renatą Przemyk.
Anna Maria Jopek i płyta "Minione", z bardzo przyjemnie brzmiącymi starymi tangami.
Renata Przemyk natomiast z mało znanymi kawałkami Leonarda Cohena.

Audiobook to nowa książka Leonie Swann "Krocząc w ciemności".
Leoni Swann pojawiała się już kiedyś na moim blogu za sprawą książki "Sprawiedliwość owiec" i "Tryumf owiec".
"Krocząc w ciemności" to książka zupełnie inna, zwierzęta nie są w niej głównymi bohaterami. Chociaż pojawiają się, nie powiem. Mamy psa i ...tresowane pchły. I magię. Tak się jakoś składa, że ja bardzo lubię magiczne powieści. Ta zapowiada się naprawdę intrygująco. Jeżeli jest tu Ktoś, kto lubi magiczne klimaty, Alicję w Krainie Czarów, to chyba spodoba mu się ta pozycja :)



poniedziałek, 30 stycznia 2017

LALA KOT

czyli jak wykonać na drutach lalkę przypominającą kota...


W moim przypadku z lalokota wykorzystujemy tułów, łapy i ogon.
Głowę zamieniamy z lalą prawie waldorfską  i wykorzystujemy głowę prototypu lali (bo szkoda ją zmarnować skoro już jest, cóż to dla nas oczko lecące w materiale).
Z lecącym oczkiem poradziłam sobie wyszywając zielone, kocie oko.
Doszyłam jej też uszy oraz wyszyłam wąsy.
Gdybym mogła, zostawiłabym oko bez tej kociej zieleni ale to zbyt skomplikowane.
W związku z porą roku, lala została wyposażona w komin wykonany wzorem entrelac z malejących kwadratów oraz zapinany u góry na dwa guziczki sweterek. Lepsza sesja będzie po wykończeniu drugiej lali i przy lepszych warunkach pogodowych.

Lala KOT, wersja druga
Lalka prawie waldorfska ma już (prawie) nową główkę. Zrobiłam ją z bawełnianej skarpetki w kolorze jasnoróżowym i powiem Wam, że super się do tego nadaje. Mało jest pracochłonnego szycia. Jutro może zrobię jej peruczkę i jak na razie chyba mam ochotę na zmianę i zrobienie czegoś użytkowego. Szal jakiś, chusta... może dokończę dwa rozgrzebane do połowy swetry. Tak, to dobry pomysł, rozprawię się z UFOkami. Jest spora szansa bo pogoda się zbiesiła i leje...



piątek, 20 stycznia 2017

Lalka waldorfska (prawie) i lalokot wcale niewaldorfski...

Lalka prawie waldorfska wyszła mi absolutnie akceptowalna ale ten lalokot jakoś mi "nie leży"...
Może kiedy go (ją) ubiorę?
Na razie przyglądam się i ważą się jej losy.
No same wiecie, robicie coś z pewnym wyobrażeniem, zastanawiacie się  jak wyjdzie a potem konsternacja.
Zobaczyłabym zdjęcie to bym się cudzego lalokota nie czepiała.
Problem w tym, że mój miał wyglądać chyba inaczej...
Tak to już bywa z dzierganiem na oko.
Może spruć?
Zrobić lalokota z głową waldorfską i kocimi uszami?
Co radzicie?
Lalka waldorfska (prawie) i lalka kot
Lalka waldorfska (prawie) i lalka-kot

czwartek, 19 stycznia 2017

JAK ZROBIĆ WŁOSY LALCE WALDORFSKIEJ (i większości lal ręcznie robionych)

Jak zrobić włosy lali?

Lalka waldorfska (prawie) z burzą włosów


No właśnie?
Jak?

Podczas szycia głowy a w zasadzie wyszywania oczu, stało się dla mnie jasne, że pomysł wyszywania włosów jest do niczego...
Czemu?
Do wyszywania oczu wzięłam zbyt grubą igłę. Skutek był taki, że przerwałam nitkę trykotowego materiału i oczko puściło do mnie oczko...
Zazwyczaj jest to dość miło kojarzone wydarzenie ale nie wtedy kiedy robi to pracochłonna głowa ręcznie szytej lali.

Lalka mogłaby nie mieć włosów. Wystarczyłoby zrobić czapkę trwale umocowaną do głowy. Ale ma trafić do kilkuletniej dziewczynki i brak włosów zostałby na pewno zauważony. Poza tym moja lala ma figurę modelki i nie przypomina w niczym bobaska-niemowlaczka. Włosy były potrzebne i już.

Wiedziałam, że czupryna ma być w miarę bujna. Miałam do niej odpowiednią włóczkę i nie było mowy o wyszywaniu czymś takim dość cienkiej tkaniny. Nawet dość grubej. Żadnej tkaniny...
Byłoby nieestetycznie, krzywo i w efekcie końcowym dziurawo.
Włóczka, z której zrobione są włosy mojej lali
Wiedziałam, że to nie będzie tak proste jak podczas robienia Leona BIS (możesz go obejrzeć TUTAJ, zajrzyj to moja ulubiona zabawka...)
Lew Leon miał grzywę zrobioną w sposób najprostszy z możliwych.
Po zrobieniu szydełkowego pyska, zmieniłam bawełnę na włóczkę FLOKI kupioną w jednym z moich ulubionych sklepów czyli BIFERNO. Włóczka ta jest "dredowata" i Leon błyskawicznie otrzymał wspaniałą grzywę.

Lala była większym wyzwaniem.
Na szczęście włosy miały być z włóczki uniemożliwiającej zmiany fryzury, to ułatwiło mi pracę o jakieś...90%.

Wyszywanie odpadło. Loki nie. Włosy prawie prawdziwe - nie. Czesanka - tak ...ale nie tym razem :)

Obejrzałam lalę.
Zrobiłam przy pomocy szydełka łańcuszek odpowiadający obwodowi głowy (wzięłam podwójną nitkę) i zaczęłam robić z włóczki frędzle na całej jego długości.
Powstało mi coś takiego (to po prawej oczywiście, do miseczki zaraz dojdziemy):


Nazwijmy rzeczy po imieniu. Powstała peruczko-zaczeska...
Fryzura na Donalda T...
Przymierzyłam ją do głowy lali i uznałam, że efekt jest niezły.
Oczywiście było jedno "ale". Jak każda zaczeska, tak i moja nie zakrywała skóry głowy i widać pod nią było ogromne prześwity w kolorze kawy z mlekiem.
Teraz dochodzimy do "miseczki" widocznej na zdjęciu. Uznałam, że na żadne dodatkowe szaleństwa nie mam włóczki. Zrobiłam więc takiego orzeszka, dopasowanego do obwodu głowy lalki. Czapeczkę, do której brzegów doszyłam włosy.
Oczywiście metodą prostszą byłoby zrobienie frędzli na jej brzegu, efekt byłby bardzo podobny. Poza tym można wtedy zrobić frędzle również w innych miejscach niż brzeg, lala miałaby bujną i gęstą czuprynę.
Lalka waldorfska podczas powstawania włosów
 Tak wygląda efekt końcowy:

Lalka waldorfska
Oczywiście nie rozwiązuje to problemu włosów do końca i w tej postaci nie mogłoby zostać. Moja lala będzie jednak miała koński ogon. Po jego zrobieniu podoszywam jeszcze ostrożnie poszczególne pasma włosów do "orzeszka".
Mnie ten efekt zadowala.

Pozdrawiam

niedziela, 15 stycznia 2017

PÓŁKOT NA NIEDZIELĘ...

Kot na drutach rośnie...

Dzień dobry tak w ogóle,
WOŚP-owa niedziela trwa więc tak prędziutko zaglądam do siebie (i do Was).
Postanowiłam wrzucić dzisiejsze zdjęcie powstającego kotolala.
Wygląda rozbrajająco, na razie to kijanka z łapami i dużą głową ale i tak chyba bardziej przypomina kota w tej postaci, niż efekt finalny (zakładam, że wiem mniej więcej jak będzie się prezentować :))
Może jutro pod koniec dnia będzie już prawie gotowy(-a).

Idę z Sierściuchami na przebieżkę i lecę do lokalnego sztabu WOŚP.
Zbieramy dzisiaj na osoby starsze i dzieciaki, pewnie nie ma sensu o tym przypominać ? :) :) :)
Siema :)

Kot dziergany na drutach w fazie wstępnej...

Kot robiony na drutach

piątek, 13 stycznia 2017

PLANY NA WEEKEND

Dzień dobry,

wiosnę chyba poczułam w kościach i uznałam, że pora na przebudzenie z zimowego snu.
Efekty są dramatyczne...
Nie mogę się zdecydować co mam robić najpierw.
Rozgardiasz w głowie i w domu kompletny.
LALKA PRAWIE WALDORFSKA nadal czeka na nową twarz.
Powód jest prozaiczny- nie mogę tu kupić przyzwoitej tkaniny.
Mam dwie opcje - kupić trykot w Polsce i czekać aż do mnie dotrze lub...zrobić tę twarz na drutach w rozmiarze 1,5...
Na razie myślę a póki co powstaje lalokot.

Lalka kot robiona na drutach
Jeszcze nie wiem czy wąsiska stanowiące integralną część nosa zostaną, są bardzo sztywne a chyba wolałabym żeby zabawka służyła "do zabawy" a nie "do siedzenia na półce".
Zastanawianie się jest u mnie jednoznaczne z przerwą w pracy nad robótką.
Nie oznacza to bynajmniej, że niczego nie robię:)
Otóż robię coś całkiem innego niż dotychczas.
Korciło mnie to od dawna i nadarzyła się super okazja.
Dostałam drewniany stolik kawowy, po przejściach.
Robi się lifting mebla moje drogie:)

Odnawianie starego stolika kawowego
Niestety i to zajęcie musiałam przerwać.
Felka chce pomagać, szlifierka wprawia w drgania cały dom, trochę to jednak pyli pomimo zbiornika na odpady i filtra... muszę poczekać na piękny, słoneczny dzień i zejść na podwórko.
Już jednak wiem, że PODOBA MI SIĘ!

Odłożyłam jednak na moment szlifierkę do kąta i będąc na fali budowlanej rozłożyłam na podłodze folię i zaczęłam malować drzwi do łazienki.

Nareszcie trafiłam na zajęcie, które mnie nie porwało...
Pomalowałam futrynę. Uznałam, że kolor light rain i farba o nazwie eggshell są super.
Pociapałam się przy tym okrutnie i uznałam, że NIE.
Nie lubię malowania.
Bardzo ważna informacja, dobrze to wiedzieć bo ostatnio rozważaliśmy pomysł kupna mieszkania do generalnego remontu.
Dobrze jest czasami skonfrontować marzenia z rzeczywistością :)

Czekam teraz na Małżona.
Chyba nie miał w planach malowania w piątkowy wieczór.
A szkoda. Mogłoby być tak miło...
:) :) :)
Idę ciut ogarnąć, szczególnie ślady po farbie WSZĘDZIE.

W weekend zero czasu. Plaża z Sierściuchami raz w tygodniu rzecz święta a w niedzielę WOŚP (w tutejszym sztabie działam i dzień będzie zapewne zajęty dość mocno :). Trzeba pomalować te drzwi dzisiaj...

Pozdrawiam

poniedziałek, 9 stycznia 2017

PROTOTYP

Lalka (prawie) waldorfska...

Chyba powstanie ich ciut więcej :)
Robienie zabawek to jest jednak znakomita zabawa.
Udoskonalę ten prototyp i ze względu na mój średni entuzjazm do szycia, korpus oraz kończyny będą robione na drutach lub szydełkiem.
Waldorfska to ona jest niezupełnie i tupecik z włosami ma do dopracowania oraz twarz do wymiany ale... podoba mi się. 
Jak na trochę wypełniacza do zabawek, kolorową włóczkę, skarpetkę i trykotkę to efekt jest zdecydowanie dobry.

Prototyp ma głowę uszytą z mojej starej koszulki w kolorze kawy z mlekiem:). Niezbyt twarzowy i zamierzam go zmienić. Tym bardziej, że podczas wyszywania oczu (zbyt grubą igłą przyznaję) uszkodziłam tkaninę i oczko puściło oczko :)
Niezamierzony efekt i nie do zaakceptowania.

Jutro ruszam na poszukiwanie tkaniny na twarz i wosku do malowania rumieńców...


Teraz pora na kocisko w sukience.

Pozdrawiam.

Dodaj napis

czwartek, 5 stycznia 2017

PODRÓŻE PO IRLANDII/COBH

Zima w tym roku jest wyjątkowo łaskawa ale dzisiaj szarość mnie zaatakowała ze zdwojoną siłą.
Pewnie po obejrzeniu mnóstwa pięknych, zimowych zdjęć z Polski.
Pomyślałam, że może powinnam się jednak zrehabilitować i zamiast ze smutkiem wypatrywać słońca, pokazać jak potrafi wyglądać tu zima.
Wszystkie zdjęcia zrobione zostały w grudniu, przed rokiem.
Mam jeszcze sporo takich postów roboczych, zapowiadam wietrzenie bloga i pewnie parę z nich się niebawem ukaże.

Dzisiaj Cobh, zwane wcześniej Queenstown (na cześć królowej Wiktorii, która odwiedziła miasto w 1848 roku).

Małe, malownicze miasteczko i port nieopodal Cork. Zbudowane zostało na stromym wzgórzu na wyspie Great Island. Góruje nad nim katedra św. Colemana.

Z czego jest znane?

To ostatni port Titanica, to stąd wypłynął na Atlantyk aby nie zawinąć już do jakiegokolwiek portu.

Trzy lata później, podczas pierwszej wojny światowej, nieopodal Kinsale zatonęła Lusitania, pasażerski liniowiec, którego zatonięcie owiane jest tajemnicą. Kapitan uBoota, z którego wystrzelono torpedę, zeznał, ze wystrzelono tylko jeden pocisk. Lusitania była odporna na zatopienie pojedynczą torpedą, jednak po trafieniu nastąpił kolejny wybuch, który spowodował jej zatonięcie w bardzo krótkim czasie.
Zatoniecie Lusitanii (liczba ofiar sięgnęła 1198 z 1959 znajdujących się na pokładzie) przyczyniło się do przystąpienia USA do pierwszej wojny światowej.

To w Cobh ulokowano ocalałych w pobliskim szpitalu oraz kwaterach prywatnych.
150 ofiar katastrofy spoczęło w masowych grobach na cmentarzu w Cobh (Old Church Cemetery)

To również stąd wypłynęło około 2,5 miliona Irlandczyków, zmuszonych do emigracji przez lata Wielkiego Głodu (1844-1848).

Trudno nam sobie wyobrazić równie wielką tragedię.
W połowie XIX wieku Irlandia liczyła 8 milionów mieszkańców.(obecnie ok. 4 600 000).
Wielka zaraza, która w latach 1845, 1846 i 1848 zdziesiątkowała uprawy ziemniaków, spowodowała śmierć głodową ponad miliona z nich (1/8!).
Kolejni uciekali przed głodem aż za Atlantyk. W latach 1848-1850 wyemigrowało ich około 6 milionów.


Teraz parę zdjęć z tego uroczego miasteczka.

Na początek- mój ulubiony pomnik.
Z powodu tragedii Titanica wydawało mi się, że jest to figura poświęcona jego ofiarom.
Jednak rzeźba nazywa się Navigator. jest autorstwa Mary Gregoriy.
Tak naprawdę jest to fontanna (nigdy nie widziałam aby działała) przedstawiająca postać Zbawiciela trzymającego w dłoniach papierowy stateczek.
Ten papierowy stateczek ma symbolizować kruchość naszego losu.
Prawda, że jest piękna?

Navigator w Cobh
Navigator w Cobh

Navigator w Cobh

Navigator w Cobh

Navigator stoi na nabrzeżu.
W tle widać ogromną, neogotycką katedrę Św. Colemana.
Katedra może się poszczycić największym na wyspach carillonem, składającym się z 49 dzwonów.

Navigator i katedra w Cobh


Katedra w Cobh





Katedra w Cobh












Promenada w świetle zimowego słońca.




Pomnik Annie Moore i jej dwóch braci, którzy jako pierwsi dotarli do Ellis Island w Nowym Jorku.
Statua Anne Moore znajduje się również po drugiej stronie Atlantyku, w miejscu lądowania, na Ellis Island.




Na koniec jeszcze jedno zdjęcie uroczego Cobh. Domeczki jak z klocków Lego.

Uliczka w Cobh.


Po więcej informacji możecie zajrzeć tu:
WIRTUALNE ODWIEDZINY W COBH


I na koniec jeszcze zdjęcie tego co akurat robię...

Pozdrawiam





środa, 4 stycznia 2017

WDiC HMM...NORA ROBERTS i Aird Mhór

Podróże po Irlandii 

Katedra (i nie tylko) w Ardmore (Aird Mhór)

Sobota nie jest u nas dniem rękodzielniczym.
Zazwyczaj w ten dzień pakujemy naszą parę sierściuchów i jedziemy gdzieś w okolicę z "dużym wybiegiem".
Tym razem "duży wybieg" znajdował się ciut dalej od domu.
Około 60 km za Cork, leży Ardmore.
Mała, nadmorska miejscowość wypoczynkowa z ładną, piaszczystą plażą.
Piaszczyste plaże należą w Irlandii do rzadkości, cenimy je bardzo ze względu na walory "wybiegowe". Dwa trzyletnie setery mają swoje potrzeby :)
Ardmore uznawane jest za najstarszą osadę chrześcijańską w Irlandii.
To na tych terenach żył święty Declan (ok. 350-450 naszej ery)  i chrystianizował Celtów jeszcze zanim na wyspę przybył św. Patryk.

Dlaczego relację z sobotniego wypadu "podpinam" pod środowe wspólne dzierganie i czytanie?
Miejscowość ta stanowi tło wydarzeń tak zwanej trylogii irlandzkiej napisanej przez Norę Roberts. Fanki twórczości pani Roberts przyjeżdżają aby odszukać ślady lady Gwen i Jude Murray oraz rodzeństwa Gallagher.
Z okazji wizyty w Ardmore właśnie "czyta się" audiobook z pierwszą częścią trylogii (Klejnoty słonca). Nie jestem fanką tego typu romansów ale ciekawa jestem jak opisane są irlandzkie okolice, które znam.

Tym razem tuż po przyjeździe na miejsce zrzedły nam miny. Okazało się, że w Ardmore jest spora impreza hippiczna. Parking zajmowały samochody z przyczepami dla koni. Jeźdźcy byli wszędzie a nasza Felka darzy konie szczególnym uczuciem i baliśmy się, że trzeba będzie przenieść się gdzieś dalej. Na szczęście zwyciężyła miłość do kąpieli morskich i po szczekliwym, energicznym powitaniu, dała konikom spokój.

Plaża w Ardmore. Felka i konie

Plaża w Ardmore. Felka i Merlin w wodzie
Zazwyczaj nasze sierściuchy spędzają na szaleńczej gonitwie około godziny czy raczej dwóch. W Ardmore jest jednak więcej atrakcji, pozwoliliśmy pobiegać im paręnaście minut i ruszyliśmy dalej.

Jeszcze jeden rzut oka na plażę w Ardmore
 Nakłonienie Felki, która nie zdążyła jeszcze wrzucić nawet czwartego biegu :), do powrotu, tym razem poszło bardzo sprawnie i ruszyliśmy dalej.

Felka na plaży w Ardmore

Sierściuchy w Ardmore
Psy zatargały nas przez to senne zazwyczaj miejsce na górę, w pobliże katedry. Piszę zazwyczaj gdyż tym razem, poza jeźdźcami na koniach, miejscowość opanował tłum chłopców w wieku lat 6-106, z dziwacznymi kijami, którymi odbijali niewielką piłeczkę. Hurling zwany inaczej gaelickim futbolem opanował drogę, ścieżki, uliczki, cmentarz...
Rozgrywki hurlingowe odbywają się na boisku. Nie wiem czy w Ardmore takiego nie posiadają, czy też to jakaś lokalna odmiana ale gra toczyła się najwyraźniej wszędzie. Postanowiłam zignorować uporczywą myśl, że gdzieś czytałam iż to naprawdę bardzo szybki sport. Piłka uderzona takim dziwacznym, jesionowym kijem, osiąga prędkość nawet 150 km/h... Wykonana jest ze skóry i mam taką w domu, twarda jest jak beton..
Nie podzieliłam się niepokojącymi przypuszczeniami z resztą wycieczki (Teściowa, Małżon i Córka oraz dwa psy, które sądząc po zachowaniu, jako jedyne zdawały sobie sprawę z grozy sytuacji).
Na szczęście obyło się bez ran i bezpiecznie dotarliśmy na górę, z której rozpościerał się widok na katedrę, cmentarz, plażę i Morze Celtyckie oraz górującą nad Ardmore, okrągłą wieżę.
Wieża i stary cmentarz w Ardmore

Okrągła wieża w Ardmore
O okrągłych wieżach pisałam w poście z ubiegłorocznej wyprawy do Connemary (Przeczytaj o wyprawie do Connemary, koralowej plaży i opactwie Kilmacduagh)

Tutejsza wieża jest bardzo dobrze zachowana, pochodzi z XII wieku i liczy około 30 metrów (tak tylko dla porównania napiszę, że to tyle co dziesięciopiętrowy blok mieszkalny...)

Katedra nie prezentuje się bardzo okazale. Ot, ruiny jakich w okolicy wiele. Przy bliższym poznaniu, potrafiła mnie jednak urzec swoją surową urodą. Często zdarza mi się odczuwać podziw i jakiś rodzaj onieśmielenia kiedy widzę bardzo stare, bardzo piękne świątynie. Prawie w nich słychać szept modlitw wypowiadanych przez setki lat, przez kolejne pokolenia wiernych.
Podobne myśli mam zawsze w starych mozarabskich kościołach na północy Hiszpanii.

 
Katedra św. Declana pochodzi z XIII wieku, jednak na jednej z bocznych ścian (zewnętrznej) znajdują się takie cuda:
 
Katedra w Ardmore

Płaskorzeżby na ścianie katedry w Ardmore

Płaskorzeźby te pochodzą z wcześniejszej budowli z IX wieku. Przedstawiają kilka scen biblijnych (Adam i Ewa pod rajskim drzewem, pokłon Trzech Króli, "wyrok Salomona"czy Archanioła Michała ważącego dusze)

We wnętrzu znajdziemy kilka średniowiecznych nagrobków oraz dwa bardzo nietypowe kamienie.



Nietypowe kamienie wyglądają tak:

Kamień ogham w Ardmore
 
Kamień ogham w Ardmore
Kamienie z katedry zaintrygowały mnie kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy.
Nie pojechałam wtedy do Ardmore przygotowana i nie miałam pojęcia na co patrzę.
Kamienie są spore, mają ponad metr wysokości i są jakby "ponacinane".
Sama nie wpadłabym na to, że patrzę na alfabet... 

To co widzimy, te nacięcia to pismo ogamiczne. Jedna z teorii głosi, że zostało wymyślone (na bazie alfabetu) przez celtyckich druidów i było swego rodzaju szyfrem. Miało uniemożliwiać oczytanie informacji podczas inwazji Imperium Rzymskiego.

Krótszy napis głosi "Ukochany". Dłuższy jest jednocześnie najdłuższym napisem w piśmie ogamicznym i głosi: Z Dolativix (PN) (PN), syn kowala Lugud'S, plemienia z Nia Segamain"

Nie chcę już przedłużać tej relacji.
Z atrakcji najbliższej okolicy możemy jeszcze wymienić oratorium św. Declana (VIII wiek), podobno to tu znajduje się grób świętego (ten domeczek na zdjęciu zamieszczonym niżej).

Oratorium św. Declana
 Kolorowe, urocze chatki kryte strzechą:

Dom w Ardmore
Piękną trasę nadmorską z zapierającymi dech w piersiach widokami:





Miejsca do obserwacji wielorybów, delfinów i innych sporych stworzeń morskich:


Kamień św. Declana. Zgodnie z legendą, na kamieniu tym dotarł na wybrzeże złoty dzwon św. Declana, zapomniany podczas przeprawy mnicha z Walii.
Podobno przejście pod nim w dniu 24 lipca, może wyleczyć nas z chorób stawów.


Ardmore na pewno jest bardzo atrakcyjnym miejscem, do którego można wybrać się na krótki, kilkugodzinny wypad.