Współtwórcy

niedziela, 30 listopada 2014

NA CAŁEJ POŁACI...MRÓZ :)

Nieprawdopodobne.
Jutro już grudzień.
Nie wiem kiedy ten rok przeminął.
Od jutra wrzucam repertuar w rodzaju "Na całej połaci śnieg" i ruszam całą parą z przygotowaniami do świąt.

Póki co robótki poszły w kąt.
Ale za to zabrałam się za pierniczenie (zawsze to lepiej niż opierniczanie, nie?)

Na razie mam dwie michy leżakującego ciasta (robię z przepisu na ciasto dojrzewające, musi sobie poleżakować w chłodzie przez parę tygodni).








Czy u Was też tak zimno?

U mnie minus 8.
Zmarzło mi siedzenie podczas powrotu do domu.
Na rozgrzewkę dostałam mailem zdjęcia domowników (używanie tego określenia jest ostatnio nadużyciem i to sporym :().
Z dzisiaj.
Marcia pod Pałacem Nasrydów w Alhambrze.
W zasadzie ciut to chyba tłumaczy moją miłość do Półwyspu Iberyjskiego. Prawda?


 Felka na spacerku (południowe wybrzeże Irlandii, również dzisiaj).
Pogoda jak widać rewelacyjna. Małżon zrobił zdjęcie dwóm nastolatkom, które .. kapią się w zatoce.


Felka jest psicą trochę po przejściach i to zdjęcie sprawia mi frajdę bo po raz pierwszy się...uśmiecha:) Do tej pory była albo smutna albo ostrożna.




U nas też było w zasadzie pięknie.
Selfie nie zrobiłam :)
I nie zrobię zapewne nigdy.
Poczekam aż mi wrócą domownicy.
"Globtrotuary" jedne.
Porozłaziło się towarzystwo po świecie, nie ma mi nawet kto zdjęcia przyzwoitego zrobić.

środa, 26 listopada 2014

Tamte cudowne lata (czyli WDiC)

W tym tygodniu przeczytałam "Tamte cudowne lata"  autorstwa Marian Izaguirre.
Wiele osób ma za złe wydawnictwu, że ta książka nawiązuje kolorystyką do wielkiego księgarskiego przeboju sprzed kilku lat czyli "Cienia wiatru" Carlosa Ruiza Zafona.

Ne wiem jak Wy, ja dość często przeglądam opinie innych czytelników o książkach, które mi się spodobały.
Bo zdecydowanie podobała mi sie ta powieść.
Trafiłam na wiele bardzo krytycznych opinii. Niektórzy są wręcz oburzeni porównaniami do "Cienia watru"...
Cóż. Czytałam jedną i drugą powieść.
Moim zdaniem używanie określeń: fantastyczna, cudowna, najlepsza książka jaką w życiu czytałam/-em  w odniesieniu do powieści Zafona jest sporą przesadą. To sprawnie napisana historia. Jej ogromna popularność budziła i budzi jednak moje zdziwienie.
Nie twierdzę, że "Tamte cudowne lata" to książka lepsza. Jest zupełnie inna. Jednak można w niej odnaleźć duszny klimat Hiszpanii po wojnie domowej.
Lojalnie jednak uprzedzam miłośniczki "Cienia wiatru", które będą szukały podobieństw. Nie znajdą ich zbyt wiele.
"Tamte cudowne lata" przenoszą nas do dwóch światów i żyjących w nich bohaterek, których losy zostaną pewnego dnia połączone. Trafimy do Zachodniej Europy w dwudziestoleciu międzywojennym oraz do Hiszpanii pod dyktaturą generała Franco, tuż po II Wojnie Światowej.
Wiedziałyście, że po wojnie, w Hiszpanii unieważniono wszystkie śluby cywilne i uznawano jedynie małżeństwa kościelne?
Nie będę opowiadać książki ale polecam.
Zacytuję zdanie z okładki.
"To historia dwóch kobiet, które wiedzą o życiu zbyt dużo, by móc o tym mówić"

A co w kwestii robienia na drutach/szydełkowania ?
Hmmm
Brak czasu odbija się negatywnie na wynikach mojej pracy.
Kończę kamizelkę. Mam juz pomysł na dokończenie dekoltu i za dwa, trzy dni byc może ją zakończę.
Póki co produkuję mnóstwo drobiazgów choinkowych.
Aniołki, śnieżynki, Mikołajki...
Co mi do głowy wpadnie.
Có, jestem uzależniona od Bożego Narodzenia, przyznaję :)




niedziela, 23 listopada 2014

Gwiazdkowo i anielsko

Tak, teraz to już naprawde żarty sie skończyły.
Za miesiąc Wigilia!
W pracy nadal trwa szaleństwo i mało mam czasu.
Poza tym zaobserwowałam niepokojący objaw.
Wracam do domu, zatrzaskuję za sobą drzwi i nie ma takiej siły, która by mnie z tego bezpiecznego miejsca wyciągneła.
Nie jest dobrze.
Z tą myślą zakupiłam w dniu wczorajszym karnet do klubu fitness.
Niestety, czasu na robótki zrobi mi się już dramatycznie mało.

Póki co znużyła mnie czerń kamizelki (a jestem już blisko finiszu).
Wczoraj nastawiłam ciasto piernikowe, takie, które musi sobie w chłodzie poleżakować parę tygodni.
Ciasto zrobione, leży teraz w glinianej misie na dnie lodówki (z powodu braku innego chłodnego miejsca w domu).

Zapachniało w domu korzennymi przyprawami...
Nie było wiec innej opcji- w ruch poszło szydełko i dorobiłam parę gwiazdek i aniołków.
Produkcja trwa nadal bo jest to uzależniające jak jedzenie orzeszków.
I efekty widoczne są od razu.
No, może nie od razu tylko po wysuszeniu śnieżynek/aniołków.
Ktoś mnie ostatnio pytał czym je usztywniam. Otóż żadnego cukru/krochmalu/kleju. Kupuję gotowy preparat o nazwie ŁUGA. Nie rozcieńczam go. Zanurzam szydełkowy wyrób. Odciskam w ręcznik (lepiej nie papierowy bo fuzle zostają) nadmiar preparatu. Rozciągam (mała amebka się oczywiście robi po zmoczeniu) i formuje kształt. Napinam przy użyciu szpilek.
Jeżeli nie rozcieńczymy ługi - usztywnia na beton!


Patrzę na rosnącą stertę drobiazgów świątecznych i tak sobie myślę, że może to pora na jakąś, powiedzmy MIKOŁAJKOWĄ ROZDAWAJKĘ?
Taki świąteczny pakiet śnieżynkowy na przykład?
Okazji parę.
Mikołajki.
Boże Narodzenie za pasem.
I... niebawem taki dość ładny, okrągły, pięciocyfrowy wynik na liczniku...
Musze to przemysleć :)
A póki co idę "pośnieżynkować".


PS. Niebawem do domu zawita Mężczyzna Mój Lekkoudomowiony (ostatnio jest udomowiony coraz mniej, sprawa w sądzie bowiem ciągnie się niemiłosiernie i w tym czasie nie ma mowy o powrocie do kraju :( ).
W raz z nim mój aparat fotograficzny...
A co za tym idzie - mam nadzieje, że będę mogła wkleić kilka ciut ładniejszych zdjęć w kolejnych postach.
Na zdjęciu poniżej - dzisiejszy urobek.
Duża śnieżynka zostanie jeszcze połączona z obręczą, przypadkiem wyszła mi w odpowiedniej wielkości.

środa, 19 listopada 2014

CORAZ BLIŻEJ ŚWIĘTA...

WDiC

Spieszę uprzejmie donieść, ze wszelkie "duże" projekty dziewiarskie mam w różnych stadiach rozgrzebania.
Entrelakowy komin z Magica Yarn Artu jest co prawda prawie gotowy ale... nie wiem czy go nie spruję.
Poprzedni był za duży. Ten jest za wąski.
Zobaczę, poczekam aż wróci Marta i pomyślę.

Drugi projekt prawie na ukończeniu to moja ubiegłotygodniowa kamizelka.
Mam jej już dość a niebezpiecznie zbliża się bardzo trudny etap. Trzeba będzie połączyć górną plisę (już gotowa) z całością. Na razie jest kilka koncepcji, zobaczy sie "w praniu" jak to wyjdzie.
Zdjęć brak. Szaro, zimno i ciemno. Zdjęcia również trzymają się tych przymiotników kurczowo, w związku z tym - nie wkleję ani jednego zdjęcia mojej kamizeli.

Poza tym robótkowa mizerota.
W pracy kocioł.
Czasu malutko, wiec nie mam się zbytnio czym pochwalić,
Ale w związku z pierwszym, bardzo nieśmiałym śniegiem, pomyślałam sobie, że to już naprawdę PORA!

Wyciągnęłam bożonarodzeniową, ubiegłoroczną zazdrostkę kuchenną i zamierzam ja zblokować.
Potem odgrzebię przepis na dojrzewające ciasto piernikowe i zasiądę nad gwiazdkami  i innymi ozdobami

świątecznymi.
A wszystko to z audiobookiem w tle.
Tym razem krwawy kryminał.
Maxim Chattam. Plugawy spisek.

I to całkiem legalnie :)
Odkryłam bowiem AUDIOTEKĘ w bibliotece, do której należę.Fantastycznie. Mogę wypożyczyć 3 książki oraz 3 audiobooki.

Co prawda mroczna akcja gryzła mi się ciut z nastrojem pt. "na całej połaci snieg" ale wrócę do tej historii.
Plugawy i mroczny thriller, którego akcja rozgrywa się w Szkocji, Kanadzie i...Polsce.
Czyta Adam Szyszkowski.

Historia jak już napisałam krwawa, okrutna i absolutnie mało świąteczna. Czekam wiec na dostawę z "Wnuczką do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.
Cóż. Wychowałam sie na Jeżycjadzie. Ida Borejko jest moją rówiesnicą.
Mijające lata nie zmieniają mojej miłości do tej cudownie ciepłej, poznańskiej sagi.
Parę słów o "Wnuczce" znajdzie się w kolejnym wpisie czytelniczym.

A na razie - moja zazdrostka.
Wzór- pomysł świec gdzieś z czeluści Internetu ale przerysowany ręcznie i  CIUT zmodyfikowany z tego co pamiętam.
Nie wiem czy większości wzoru nie narysowałam sama..

środa, 12 listopada 2014

WSPÓLNE DZIERGANIE I CZYTANIE - SEWILLA I TEMPLARIUSZ

Miało być coś lżejszego...
I robótkowo, i czytelniczo.
Lżejsze robótkowo to haft krzyżykowy oraz szydełko.
Zabrałam się za wykonywanie ozdób świątecznych. "Krzyżykuje się" następny konik na biegunach, dzierga kolejna śnieżynka.
Mam też ambitny plan aby nareszcie zakończyć najdłużej robiony entrelakowy komin.
Nie chcę nawet sprawdzać od kiedy mam go na drutach.
Mój zapał do zakończenia robótki ma przyziemny powód.
Potrzebna jest mi żyłka...
Mam tyle rozgrzebanych prac, że muszę coś zakończyć.
Tymczasem na górę listy przesunęła się ażurowa, czerwona chusta (nie zaczęłam jej jeszcze).
Waham się pomiędzy Haruni a Aeolianem.
Haruni chyba szybciej się będzie dziergać.
To istotne bo powinnam ją skończyć za 3 tygodnie.

Dzierga się również kamizela (póki co wygląda jak mini spódniczka, skądinąd to niezły pomysł, niekoniecznie dla kogoś w moim wieku :))
Wszystkie rozpoczęte robótki na drutach 3-3,5, z cienkiej, skarpetkowej wełny...
Końca nie widać.
Chyba powinnam dla odmiany zrobić jakiś projekt na drutach nr 12 :)

Teraz czytadło.
W związku z planami "ażurowymi", nie czyta się a zaczęło słuchać.
Arturo Perez-Reverte "Ostatnia bitwa Templariusza".

Bardzo lubię tego autora.
Pisze kryminały, czy jak kto woli inteligentne thrillery.

Nie jest to kryminał z wartką akcją. Jeżeli szukamy pościgów, pogoni, strzelania itp. to niekoniecznie sięgajmy po tego autora.
I może niekoniecznie po "Ostatnią bitwę Templariusza" bo to wcale nie jest moja ulubiona książka Pereza-Reverte.
Akcja rozpoczyna się od Watykanu i ataku hakera.
Potem mamy barokowy kościołek, który...zabija.
Księdza Lorenzo Quarta, który prowadzi dochodzenie.
Intrygujące postaci, piękne miasto i intrygujące kobiety.
Zaczynam jej słuchać ponownie (przeczytałam parę lat temu) gdyż wtedy nie zwracałam uwagi na opis miasta, w którym rozgrywa się akcja.
Początek to Rzym ale potem przenosimy się do absolutnie cudownej Sewilli...

Właśnie to jest tak naprawde powód, dla którego sięgnełam po tę lekturę ponownie.
Podczas naszej ubiegłorocznej tułaczki po Hiszpanii, udało się nam odwiedzić Sewillę.
Jestem tym miastem absolutnie oczarowana.
Tutaj pora na zdjęcie.
Zerknijcie. Tak wygląda magiczna Sewilla późnym wieczorem czy jak kto woli, wczesną nocą...


Jeżeli do tego dodamy fonię czyli gitarzystę grającego Concierto de Aranjuez Rodriga (i to grającego jak z płyty, powiedzmy, wydanej przez Deutsche Gramofon...), będzie to obraz miasta, które mnie zauroczyło.
Gdybym miała opisywać książkę, ten post nigdy by się nie skończył :)
Polecam więc serdecznie.
Arturo Perez-Reverte. Sewillę. Concierto de Aranjuez Joaquina Rodrigo...
I spacer na YouTube po pięknej Sewilli.


I jeszcze gwoli przyzwoitości - bardzo marne zdjęcie (zdjęcie przyzwoite pojawi się dopiero wraz z którymś domownikiem :) mojej kamizeli.



wtorek, 11 listopada 2014

KILKA SROK ZA OGON / PRZEDŚWIĄTECZNE PORZĄDKI

Chodzi za mną od kilku dni to przysłowie gdyż nudzi mnie ogromnie ilość identycznych, czarnych oczek mojej kamizeli.
Zaczęło się dobrze a jest monotonnie.
Cóż. Nikt mi nie kazał robić długiej kamizelki z wełny skarpetkowej na drutach numer 3, prawda?
To teraz mam.
Nauczka na przyszłość.
Dużo łatwiej wykonuje się takie udziergi dla kogoś o rozmiarze 34.
A jeszcze łatwiej dla dziecka.

To tak na wstępie.
Kamizela rośnie wolno i czerń znudziła mnie ogromnie, powstrzymuję się jednak przed odłożeniem jej "na chwilkę" na bok. Wiemy przecież jak to w praktyce wygląda.Chwilka lubi się wydłużać i w koszyku zalega kilka niedokończonych robótek.
Kamizelka leży wiec na widoku a ja zabrałam się za małe formy bo teraz to już naprawdę ZA MOMENT ŚWIĘTA.
Z przygotowań świątecznych mam jedynie pomysł na dwa prezenty.
Kupiłam cukrowe gwiazdki i srebrne kulki do zdobienia pierniczków.
Wykonałam kilka gwiazdek i przypomniałam sobie o firance-zazdrostce wykonanej w ubiegłym roku. Pora ją wyprać i porządnie zblokować. Grudzień tuż, tuż.

Poszukiwania zazdrostki zakończyły się odnalezieniem dwóch robótek z kategorii "inne".
To dowód na to, ze popełniam również haft krzyżykowy.

Wykonany w roku ubiegłym (i niedokończony) konik na biegunach.
Trzeba go podkleić cienkim filcem i zrobić zawieszkę.
A także wyhaftować przynajmniej drugiego, do pary.
Konik jest malutki i wykonany na kanwie z tworzywa sztucznego. Ozdobi w tym roku domową choinkę.

 Na kolejnym zdjęciu - konik na kawałku materiału, który służy od dwóch lat jako obrus.
Uznałam, że pora dorobić mu ozdobny brzeg. Leży wiec na górze koszyka z rzeczami "do zajęcia się nimi". Mam kordonek w kolorze czerwonym, ze złotą nitka. Zrobię dzisiaj próbkę i sprawdzę jak się to będzie prezentowało.
Na koniec- obrazek znaleziony podczas poszukiwań świątecznego materiału.
Obrazek "ku przestrodze". Tak w nawiązaniu do poczatku posta.
Zaczęłam go haftować kiedy moja Marcia była bardzo mała. Miała chyba dwa albo trzy lata.
Teraz ma prawie ..22.


Mam nawet gdzieś wzór. Kto wie? Może doczeka się w tym roku szczęścliwego zakończenia i dorobi ramki?
:)

Na koniec przydługiego (jak zwykle) wpisu- dowód na postęp prac przy kamizeli.
Guziki będą oczywiście w zupełnie innym miejscu. Na razie leżą a ja zastanawiam sie czy mi sie podobają. Mogę górę kamizeli wykończyć kwadracikami w barwach bardziej pasujących do guzików i wtedy moje wątpliwości zbledną.
Plan na ten tydzień - kamizela (priorytet).
Konik na biegunach.
Kilka gwiazdek i może jakiś aniołek.
Zrobić plan na okres przedświąteczny.

A jak u Was z przygotowaniami do Świąt?

Miłego wolnego dnia :)

A, zapomniałabym.
Słucha się Damien Rice.

sobota, 8 listopada 2014

DO TRZECH RAZY SZTUKA

Pechowy tydzień...

Długi weekend za pasem a mnie trapi jakiś dziewiarski pech.
Zamierzałam wykorzystać tę górę wolnego czasu (przedłużony weekend) aby dokończyć kamizelkę.
Nie da się.

Najpierw zorientowałam się, że kończy mi się włóczka. Byłam przekonana, że mam jej mnóstwo ale te wszystkie torebki, piórniki..
Znalazłam jeszcze jeden motek. Zamówiłam kolejne ale nie dotarły na czas.
Potem złamał mi się jeden drut.
Teraz drugi.
Zdecydowałam, że pomimo całej mojej sympatii do pięknych, drewnianych KnitPro, następne będą metalowe.
Uparłam się, że zmienię druty na mniejsze i będę robić bardzo luźne oczka.

Wygląda ok.
Ale...
Robię tę kamizelkę od dołu, bezszwowo.
Na bokach zmniejszam ilość oczek.
Właśnie zorientowałam się, że odejmowanie oczek zaczęłam w złych miejscach...
Tak więc pruję.
:)

Chyba jednak dokończę entrelakowy komin (jeszcze jedno okrążenie mi zostało) i wydziergam ze dwie czy trzy gwiazdki choinkowe w wolnych chwilach.

A póki co idę pruć.


Prucie idzie mi dużo szybciej niż dzierganie :) i mojej kamizeli jest znowu tyle:
Dół ostatecznie ma oczka rakowe, uznałam, że tak bardziej mi się podoba. Poza tym wykończę w ten sam sposób pozostałe brzegi.
Sprułam spory kawałek (centymetrów w górę nie za wiele ale obwód... ho ho :) ) Było tego tyle:

I chciałam napisać, ze być może jednak dokończę do wtorku moją kamizelę bo dostałam smsa, ze w paczkomacie jest moja włóczka.

To się nazywa ekspresowa przesyłka. Właśnie ją odebrałam.
Jaka śliczna gwiazdka i wizytówka, zerknijcie :)


Tyle tylko, że... ja tę kamizelę to dziergam z włóczki Fabel a zamówiłam (oczarowana promocyjną ceną zapewne i mocno zagoniona) Alpacę Dropsa...

Pomroczność jasna.
Pechowa ta kamizela i tyle.

Ale nic to.
Zrobię ile się da. Może po przeszukaniu wszystkich szuflad, koszy, koszyczków i kartonów odnajdę gdzieś schowany brakujący kłębuszek.
U góry będzie jeszcze kawałek kolorowy a wraz z tą Alpacą zamówiłam też jeden motek Fabel (-a?)
Zupełnie zresztą tego nie kojarzę.
Praca w ostatnim miesiącu dała mi się mocno w kość. Pora na jakiś dłuższy odpoczynek.

Tymczasem listopad i grudzień nie zapowiadają się wcale na lżejsze.
A to juz przecież pora na przygotowania przedświąteczne. Czasu na dzierganie zrobi sie jeszcze mniej.
W przyszłym tygodniu "nastawię" ciasto na pierniczki. Niech sobie leżakuje w ceramicznej misce :)
I przy okazji pojawi się na blogu więcej "i nie tylko".
Bardziej kulinarnie zapewne.
Pozdrawiam i idę do mojej kamizelki.

środa, 5 listopada 2014

UZALEŻNIENIA CD i środowa nostalgia

Obiecałam sobie nie zaczynać nowej rzeczy dopóki...

Nie wyszło.
Kwadracikowego uzależnienia ciąg dalszy.
Torebeczka powstała dla mojej córki, Marci.
Ale ten zestaw kolorystyczny (czarny Fabel i do tego Delight Dropsa) tak mi się spodobał, że zrobiłam wczoraj/dzisiaj sporo kwadratów.
Tym razem będzie to coś dla mnie.
Nie wiem dokładnie jaki będzie miało kształt ale to troszkę powrót do pomysłu tuniki z karczkiem kwadracikowym.
Będzie to albo tunika albo długa kamizelka.
Jedno i drugie w kształcie litery A.
Na razie jest tylko dół i zastanawiam się czy zrobić ozdobny brzeg czy tylko obrobić całość oczkami rakowymi...




Z pozytywnych wydarzeń tego tygodnia- udało mi się namierzyć w e-dziewiarce długo poszukiwaną włóczkę na moją chustę :)
Nawet dość znośnie wygląda razem, jutro zrobię próbkę i obejrzę ją przy dziennym świetle. Może obędzie się bez robienia na zmianę nitką z jednego i drugiego kłębka?
Aby nie kupować tylko jednego precelka zamówiłam jeszcze motek Dropsa Lace.
Też na chustę. Kolejny ażur, wzór nie został jeszcze wybrany, ma to być coś bardzo ozdobnego:).



I na koniec środowe doniesienie "co się czyta".
"Ulisses" się nie czyta tylko ślimaczy.
Może zbyt durna jestem aby się poznać na geniuszu...
Druga możliwość jet taka, że wystarczy mi ciągły szmer w głowie spowodowany galopem moich własnych myśli. Z tym całym Stefanem, czuję się jakbym miała uciążliwego sublokatora :)
Potrzebuję raczej czegoś lekkiego, babskiego, takiego do poczytania w autobusie.
Na razie nie mogę dotrzeć do biblioteki, wyciągnęłam więc książkę z domowej biblioteczki.
Troszkę przez nostalgiczne myśli związane z listopadem a troszkę z tęsknoty za dłuższymi wakacjami.
Marcin Kydryński, "Muzyka moich ulic."
Można lubić, bądź też nie, autora. Niewątpliwie jednak, kocha to miasto.
Ale nie jest to przewodnik po Lizbonie.
To przewodnik po fado.
I trochę po literaturze.
Przynajmniej dla mnie.
Poprzedni cytat, ten z Umberto Eco był spory.
Teraz więc ograniczę się do króciótkiego.
Poprawia mi humor bo ostatnio z czasem krucho.
Nawet na czytanie mi go brakuje.
Zawsze byłam pożerczem ksiazek. Ostatnio jest ich znacznie mniej :(
Wróćmy do cytatu.
Portugalski noblista, Jose Saramago powiedział:
"Człowiek powinien czytać z wszystkiego po trochu albo tyle, ile może, nie wymaga się od niego niczego więcej, mając na względzie krótkość życia i rozgadanie świata".

Przy okazji czytania, nie mogłam sobie odmówić kawałka fado...
Kocham Lizbonę, a smutne fado wcale nie pogarsza mojego nastroju.
Raczej przenosi mnie, choć na parę minut, w to magiczne miejsce :)